Skocz do zawartości


NAZISTOWSKIE ARCHIWUM X


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
9 odpowiedzi w tym temacie

#1 Guest_Nefryt_*

Guest_Nefryt_*
  • Goście

Napisano 30 sierpień 2008 - 00:38

Łowcy czarownic

Późną jesienią 1945 roku do jednego z miast na terenie Ziem Odzyskanych – Sławy Śląskiej udała się delegacja pracowników uniwersytetów krakowskiego i poznańskiego, celem przejęcia – jak ich poinformowano – olbrzymiego zespołu poniemieckich akt i księgozbioru, które zostały odnalezione przez pierwszych przybywających do miasta polskich osadników...

[Polowania na czarownice
Terminem tym określa się falę procesów przeciwko kobietom oskarżanym o uprawianie magii i kontakty z diabłem. W trakcie postępowania sądowego używano tortur, a po uzyskaniu przyznania się do winy – skazane palono na stosie. Przyjmuje się, że procesy rozpoczęły się od czasu ogłoszenia w 1484 roku przez papieża Innocentego VII bulli potępiającej zajmowanie się praktykami magicznymi. Polowania na czarownice trwały do XVIII wieku, z największym natężeniem w wieku XVII.]

Naukowców na miejscu powitał komitet złożony z kilku oficerów UB. Zaprowadzono ich do budynku, w którym ukryte były archiwa. Po wstępnej weryfikacji olbrzymi zbiór składający się z księgozbiorów, maszynopisów, druków, rękopisów, akt podzielono na trzy części. Pierwszą (ok. 80 tys. druków) oddano do Biblioteki Poznańskiej[1], drugą zarekwirowało UB, a ostatnią przekazano do dyspozycji archiwum poznańskiego, określając mianem „Kartoteka Procesów o Czary”…

Siedem lat wcześniej, 13 czerwca 1938 roku, kiedy III Rzesza przygotowywała się dopiero do odegrania swojej straszliwej roli w historii XX wieku, na biurku sekretarza generalnego naukowego towarzystwa Ahnenerbe znalazło się pismo z nadrukiem osobistego sztabu szefa SS Heinricha Himmlera, podpisane przez jego adiutanta, Haubtsturmführera SS Rudolfa Brandta. W piśmie kategorycznym tonem stwierdzono: „Żąda się aby wszelkie badania nad procesami o czary zostawić wyłącznie w gestii SD (Służby Bezpieczeństwa SS – przyp. red), oraz, że Reichsführer SS „życzy sobie aby Gauleiter Steinecke oddał mu do dyspozycji na pewien czas wszystkie akta czarownic znajdujące się w archiwum w Lemgo (...)” niżej widniała nazwa jednostki do jakiej należało od tej pory gromadzenie danych na temat nowożytnych polowań na czarownice – H-Sonderkommando… Dlaczego Reichsführer był tak żywotnie zainteresowany procesami czarownic? Czym było Ahnenerbe? Na czym polegała działalność H-Sonderkommando nazywanej w dokumentach wymiennie specjalną misją Himmlera?

Heinrich Himmler – druga osoba w totalitarnym imperium III Rzeszy Niemieckiej. Człowiek, który w swoich rękach zgromadził niewyobrażalną wprost władzę. Gdy na początku lat 20. Hitler opuścił więzienie rozpoczynając swój marsz do przejęcia absolutnej władzy w państwie, pragnął stworzyć wokół siebie formację, której największą zaletą będzie wierność tylko jednej osobie – Adolfowi Hitlerowi. Nie mógł już polegać tylko na hordzie brunatnych koszul, czyli oddziałach szturmowych S.A. Były zbyt niezależne i niezdyscyplinowane, Hitler potrzebował wiernych pretorian zdolnych do wykonania nawet najbardziej absurdalnego czy zbrodniczego rozkazu. W 1925 roku w jednej z monachijskich knajp kilkunastu członków jego ochrony osobistej założyło formację zwaną Schutzstaffeln (czyli SS)[2].

Początkowo ograniczona do niewielkiej liczby, włączona w struktury S.A., służąca głównie do bezpośredniego zabezpieczania zlotów i zebrań partyjnych zmieniła swoje oblicze po mianowaniu na jej dowódcę niepozornego młodego sekretarza partii z Bawarii – Heinricha Himmlera. Pod jego kierownictwem rozrosła się do olbrzymiego tworu, stanowiącego państwo w państwie, z własną armią, policją, wywiadem oraz dziwnymi, tajnymi i zdawałoby się niedorzecznymi projektami inspirowanymi przez jej szefa. Reichsführer SS był nie tylko organizatorem największych zbrodnii XX wieku – Holocaustu, obozów koncentracyjnych i masowego mordowania ludzi. Posłuszny wykonawca woli swojego Führera miał od młodzieńczych lat głowę nabitą różnego rodzaju pomysłami i ideami, związanymi z mistyką, okultyzmem i siłami nadprzyrodzonymi.

Kiedy uzyskał władzę o jakiej inni tylko marzyli, olbrzymią część swojej energii poświęcił na urzeczywistnienie różnorodnych teorii związanych z pokrętnie przez niego pojmowaną ideologią i religią germańską oraz niestworzonymi koncepcjami na jakie składała się wyznawana przez niego pseudonauka. Ilość czasu i pieniędzy jakie zostały przez niego zadysponowane w niezwykle kosztowne projekty archeologiczno-historyczno-antropologiczne, badania nad religią i kultami, dziwnymi obrządkami i teoriami pseudonaukowymi rodzi pytanie – po co to wszystko?

O pomysłach Reichsführera wiedzieli wszyscy członkowie hitlerowskiego aparatu władzy, w większości nie podzielając tych fascynacji (oczywiście żaden z nich nigdy nie powiedział tego wprost do Himmlera). Szef wywiadu SS Walter Schellenberg wspominał po wojnie. „Przy kolacji rozmawialiśmy o różnych kwestiach naukowych. Himmler opowiedział mi o jakiejś ekspedycji do Tybetu. Następnie mówił o Indiach i filozofii hinduskiej. To z kolei doprowadziło go do tematu, który był jego hobby. W ożywiony sposób opisywać zaczął rezultaty badań nad procesami czarownic w Niemczech. Oświadczył, że było rzeczą potworną skazanie tysięcy czarownic na śmierć w płonących stosach w wiekach średnich. Tyle niemieckiej krwi przelano niepotrzebnie. Następnie zaczął atakować kościół katolicki, a także Kalwina. Zanim zdążyłem się w tym wszystkim połapać, Himmler omawiał już hiszpańską inkwizycję i charakter prymitywnego chrześcijaństwa (...)”.

Ahnenerbe

Narzędziem, które posłużyło do urzeczywistnienia himmlerowskich fantazji, stało się Niemieckie Dziedzictwo Przodków – Stowarzyszenie badań nad pradziejami spuścizny duchowej – nazywane w skrócie Ahnenerbe (Studiengesellschaft für Geistesurgeschichte). Organizacja została zatwierdzona przez Himmlera w 1935 roku jako instytucja mająca badać historię i mitologię. Według statutu była właściwie tylko zwykłym towarzystwem naukowym, w którym wykształceni archiwiści mogli prowadzić badania nad początkiem ludów i kultury germańskiej, popularyzując później swoje dokonania wśród społeczeństwa.

Po skromnych początkach poświęconych na studiowanie języka runicznego, starogermańskich sag i różnych teorii światopoglądowych i filozoficznych, „Dziedzictwo Przodków” dosyć szybko rozrosło się do potężnej instytucji badawczej dzielącej się na 46 działów naukowych i 15 komisji badawczych. W jego pracach w szczytowym okresie uczestniczyło ponad 30 profesorów i kierowników katedr uniwersyteckich. Na budżet łożyło państwo w postaci Rady Badań Naukowych Rzeszy, oraz członkowie opłacający wysokie składki. W 1938 r. największe wpływy w organizacji przejął sekretarz generalny Wolfram Sievers. Pod jego zarządem Ahnenerbe zaczęło wysyłać dziwne ekspedycje archeologiczne w różne rejony świata od Tybetu po Australię. O drodze, która zaprowadziła niewinne z pozoru towarzystwo archeologiczno-historyczne do odpowiedzialnej za tysiące okrutnych badań medycznych zbrodniczej organizacji, opowiemy w jednym z kolejnych artykułów. Ważne, że była ona kontrolowana przez Himmlera, a zakres jej działania obejmował najdziwniejsze otoczone tajemnicą i mitem projekty (w części kompletnie niedorzeczne np. poszukiwanie św. Graala!). Dlatego może dziwić fakt, że akurat w jednej sprawie uczyniono wyjątek.

Urząd VII

Kiedy jeden z pracowników Ahnenerbe rozpoczął badania nad procesami czarownic z Lemgo, ze sztabu osobistego Himmlera natychmiast przesłano pismo informujące, że wszelkie badania nad kwestią procesów są zabronione, a materiały należy natychmiast przesłać do Służby Bezpieczeństwa (SD). W tym czasie w skład Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA – Reichssicherheitshauptamt), czyli organu zarządzającego całym rozrośniętym imperium SS, a pośrednio i całym krajem wchodziło siedem urzędów (wg stanu z 1940 roku), m.in. wywiadu zagranicznego (VI), kontrwywiadu (III), tajnej policji, czyli gestapo (IV). Jednym z nich był wydział VII – Badania i Oceny Światopoglądu. W jego skład wchodził tak zwany Archivamt, wg. Organisationsbuch der NSDAP z 1937 roku, zajmujący się zbieraniem dokumentów, sprawozdań, trofeów i ilustracji do dziejów SS. Do wydziału należało również zajmowanie się szeroko zakrojonymi badaniami historyczno-archiwalnymi z różnych dziedzin na potrzeby SS, a także gromadzenie informacji na temat ideologicznych przeciwników nazizmu. Po przedstawionym w październiku 1943 roku tajnym referacie[3], okazało się, że wydział pełnił bardziej aktywną niż czysto archiwalną rolę, zajmując się wrogami narodu niemieckiego, a właściwie ich wpływem na kulturę germańską. Referat dzielił przeciwników na trzy klasy:
wrogów rasy np. Żydów i innych „podludzi”
narodu np. Polaków, Czechów
polityczno-światopoglądowych – organizacje kościelne, liberalno-demokratyczne oraz międzynarodowe wolnomularstwo.

Wydział VII podejmował działania w celu odzyskania kultury starogermańskiej i usunięcia wszelkich obcych wpływów jakie zaznaczyły się w obyczajach i psychice niemieckiej. Badania historyczne miały służyć odtworzeniu starogermańskiego raju. „Siódemka” pod zarządem Standartenführera prof. dr Franza Sixa zgromadziła pokaźną liczbę informacji na temat każdego ze światopoglądowych wrogów. Przynosiło to całkiem wymierne korzyści, od możliwości stwarzania nacisku na środowiska masońskie, jak i eliminowania krnąbrnych działaczy katolickich niezbyt przychylnie nastawionych do nowej władzy. 11 września 1935 roku Himmler polecił utworzyć w ramach VII wydziału osobną komórkę, której działalność bardziej pasowałaby do historycznego instytutu niż Głównego Urzędu Bezpieczeństwa SS.

Łowcy czarownic

Jednostka H-Sonderkommando – nazwana tak w skrócie od słowa Hexe – czarownica, miała zdobyć i zanalizować wszystkie dostępne wiadomości na temat procesów o czary. Początkowo obszar operacyjny ograniczał się głównie do samych Niemiec, ale wkrótce prace specjalnej misji Himmlera wykroczyły daleko poza terytorium III Rzeszy. Szefem elitarnej ośmioosobowej komórki został Sturmbannführer dr Rudolf Levin, a siedzibę umieszczono w Berlinie przy ulicy Wilhelmstrasse 102, w budynku RSHA, tam też zaczęto gromadzić archiwum[4].

Levin zorganizował doskonale funkcjonującą maszynę. Ludzi H-Sonderkommando wysyłano do każdego zakątka świata, wszędzie gdzie mogli się spodziewać uzyskać jakiekolwiek informacje o czarownicach i mężczyznach skazanych za uprawianie magii. Co ciekawe, wyjeżdżono i badano akta procesowe, które nie są powiązane z polowaniami na czarownice odbywającymi się w większości w Europie w państwach katolickich i protestanckich. Tymczasem członkowie komanda oprócz Belgii, Czech, Danii, Niemczech, Anglii, Estonii, Francji, Holandii, Irlandii, Islandii, Włoch, Jugosławii, Litwy, Łotwy, Norwegii, Polski, Portugalii, Szkocji, Szwecji, Szwajcarii, Rumuni, Słowacji, Hiszpanii, Węgier zgromadzili informacje na temat procesów z Rosji, Siedmiogrodu, Stanów Zjednoczonych, Grecji, Meksyku a nawet krajów niekatolickich Turcji i Indii! Ponadto badania dotyczyły spraw o czary z lat grubo wychodzących poza ramy czasowe przyjmowane przez dzisiejszych historyków.

Procesy czarownic trwały od XV do XVIII wieku, z największym natężeniem w wieku XVII. Tymczasem SS rozpoczęło swoją kartotekę od wieku IX, a skończyło ją na niewyjaśnionych wydarzeniach z Indii w roku 1936! Dokumenty i wyciągi z akt procesowych poddawano obróbce, wszystkie dane wprowadzono do specjalnych kartotek, przypominających policyjne archiwa. Każda podejrzana o czary osoba posiadała własną kartę. Zgromadzono ich 30 000! Wypełniano je w różnym stopniu, zależnie od zdobytych informacji. H- Sonderkommando uznało, że w rubrykach druków powinny znaleźć się takie wiadomości dotyczące przesłuchiwanych jak: dane personalne, informacje o sytuacji rodzinnej, cenzusie majątkowym i społecznym, przebiegu procesu, wyroku, stosowanych torturach, zeznaniach, rodzaju egzekucji, nazwiska kata, panującego władcy, oskarżyciela, sędziego, donosicieli, obrońców, stanowisko miejscowego biskupa oraz wskazówki bibliograficzne i miejsce przechowywania akt.

Oprócz tego zdarzało się, że na odwrotach kart jeden z oficerów, bądź pracowników misji specjalnej umieszczał własne komentarze i uwagi dotyczące zasadności oskarżeń, czy przebiegu procesu np. „(...) Ponieważ podsądna odwołała zeznania, powinno się zarządzić przeszukanie jej mieszkania, później skierowano ją na tortury drugiego stopnia: wiązanie, zaciskanie kciuków, rozciąganie na ławie, hiszpańskie buty (…)”. Zbiory zgromadzone przez SS były bogate ale i różnorodne. Oprócz oryginalnych akt, fotokopii zeznań, ikonografii przedstawiających czarownice, tortury i egzekucje, do archiwum dołączano fragmenty publikacji prasowych z lat 1935-1944 zawierających jakiekolwiek wzmianki dotyczące magii, czarownic czy tajemnych związków. Akta w trakcie działań wojennych uzupełniano o zagarnięte przez Armię Niemiecką archiwa z całej Europy. Zdarzało się również, że część mniej ważnych zbiorów została powtórnie zapisana, np. na fotokopiach wycinków prasowych z lat 30. umieszczono spis miejscowości w Niemczech, w których dokonywano sądów na czarownicach, co ciekawe przy nazwach widnieją dziwne odręcznie pisane znaczki (#,^/, ﮑ) o trudnej do rozpoznania funkcji.

Centrala H - Sonderkommando działała w Berlinie do 19 stycznia 1944 roku, kiedy w obawie przed nalotami cały zasób ewakuowano. Dlaczego kosztem ogromnego nakładu sił i środków zgromadzono największe archiwum dotyczące oskarżonych o zajmowanie się magią? Szef SS znany był z wielu nietypowych projektów, niezależnych bądź związanych z prowadzoną przez siebie zbrodniczą i ludobójczą działalnością. Czy kartoteka procesów o czary odegrała inną niż zwykłe archiwum rolę?

11 lipca 1938 roku Haubtsturmführer Rudolf Brandt pisał do Himmlera: „badania H-Sonderkommando (...) zorientowane są na problemy takie jak: badanie demograficznych i rasowych skutków procesów o czary, ich ekonomiczno-historycznych następstw oraz oceny kobiety w procesach i ostatecznie przegląd dotychczasowego piśmiennictwa dotyczącego procesów o czary (...)”. Pewne wypowiedzi Himmlera sugerują, że kobiety oskarżone o uprawianie magii traktował jako ofiary katolicko-żydowskiej propagandy, członkinie tajemnych stowarzyszeń przekazujące sobie rytuały i obrządki starogermańskie.

W ustach jednego z największych zbrodniarzy w historii, słowa o egzekucjach niewinnych kobiet brzmią niczym szyderstwo: „Kobiety niemieckie dostarczyły najwięcej ofiar w procesach czarownic i kacerzy (...) kler wie dlaczego spalił pięć-sześć tysięcy kobiet. Właśnie dlatego, że uczuciowo i instynktownie trzymały się pierwotnej nauki i doktryny”. Himmler był przeciwnikiem kościoła katolickiego, uznając czarownice jako jego ofiary, mógł kolekcjonować dowody na wypaczenie chrześcijańskich idei. Sam przyznawał się do tego w 1937 roku: „Żyjemy w epoce definitywnej rozprawy z chrześcijaństwem. Misja SS polega na dostarczeniu niemieckiemu narodowi w ciągu najbliższych pięćdziesięciu lat właściwych tej rasie niechrześcijańskich podstaw światopoglądowych dla prawidłowego stylu życia i jego kształtowania”. Tak więc za kolekcjonowaniem wiedzy o procesach mogło kryć się zbieranie materiałów pomocnych przy zaplanowanej ofensywie przeciwko kościołowi katolickiemu, ofensywie, której przeszkodziła wojna.

Himmler w zachowanych aktach procesowych doszukiwał się również śladów prastarej kultury i wierzeń germańskich. Jednak zafascynowanie mniej lub bardziej wiarygodnymi starogermańskimi obrządkami nie tłumaczy, dlaczego członkowie jego misji specjalnej wyruszali poza granice Niemiec. Czyżby tam też szukali nawiązań do kultów germańskich i celtyckich?

Członkowie H-Sonderkommando zwracali szczególną uwagę na tortury stosowane w procesach, skrzętnie odnotowywano ich efekty i jakość uzyskanych tą drogą zeznań. Masowo gromadzono obrazy i opisy narzędzi oraz skutków wykonywania wyroków na czarownicach. Wiadomości tego typu mogły stanowić materiał wstępny pozwalający uzyskać informacje o reakcji na poszczególne rodzaje tortur. Oczywiście cel takiego wykorzystywania badań nad procesami miał sens jedynie przed wybuchem II wojny światowej. Po 1939 roku SS nie musiała już szukać w przeszłości danych dotyczących ludzkich reakcji na ból, Tajna Policja – Gestapo doskonale mogła je poznać, dzięki własnej zbrodniczej działalności. A może Himmler, szef potężnej SS poszukiwał po prostu wiedzy magicznej? Jego wiara w świat nadprzyrodzonych mocy była bardzo silna, może w zeznaniach czarownic szukał opisów magicznych obrządków, artefaktów i tajemnej wiedzy? „Przypadkowo stałem się świadkiem jednego z okultystycznych urojeń Himmlera, w które angażuje oficerów SS – wspominał Schellenberg. Podczas rozprawy przeciw von Fritschowi umieścił on w pomieszczeniu przyległym do sali przesłuchań około 12 najbardziej zaufanych funkcjonariuszy SS i polecił im, aby skoncentrowali swoją wolę i w ten sposób, siłą sugestii, wywarli wpływ na oskarżonego generała[5]. Himmler był przekonany, że dzięki temu przesłuchiwany zacznie zeznawać prawdę”.

Czy H-Sonderkommando było narzędziem do urzeczywistnienia głębszego zamysłu wpisującego się w inne projekty szefa SS? Na to pytanie spróbujemy odpowiedzieć po przedstawieniu w kolejnych numerach działalności innych specjalnych komórek odpowiedzialnych za „mistyczne” plany Heinricha Himmlera, związane tym razem z Towarzystwem Ahnenerbe.

Jakie były losy innych zbiorów VII Oddziału RSHA, odpowiedzialnego za gromadzenie danych o przeciwnikach światopoglądowych III Rzeszy? Archiwa ewakuowano z Berlina wraz z „Kartoteką Procesów o Czary” do Sławy Śląskiej (przed wojną Schlesiersee). Część została odnaleziona przez miejscową ludność zanim dotarli do niej naukowcy z Poznania i Krakowa. Jeszcze w latach 90. odkrywano fragmenty archiwów „siódemki” porzucone na strychach starych domów, a część książek można do tej pory znaleźć w prywatnych księgozbiorach. W 1945 roku powiadomiona o archiwach miejscowa UB szybko sprawdziła, że jedno z nich dotyczy żyjących członków loży masońskich. Archiwa zostały przejęte i zatrzymane do dyspozycji władz, w latach 60. przekazano je STASI (Służbie Bezpieczeństwa DDR). Nie wiadomo czy korzystano w sposób „operacyjny” ze zgromadzonej przez nazistów wiedzy. Dopiero po zjednoczeniu Niemiec zdeponowano je w ogólnodostępnym Tajnym Archiwum Pruskich Dóbr Kultury. A „Kartoteka Procesów o Czary”? Mimo istniejących podstaw prawnych, (archiwa powinny być przechowywane w miejscu gdzie powstały niezależnie od zmiany granic) władze niemieckie nigdy się o nią nie upomniały…

Za pomoc w opracowaniu artykułu dziękuję pp. Lechowi Zwirełło i Pawłowi Pietkiewiczowi

Łukasz Orlicki

Literatura:
Goodrick-Clarke N. „Okultystyczne źródła nazizmu”, Warszawa 2001
Grünberg K. „SS- czarna gwardia Hitlera”, Warszawa 1984.
King F. „Szatan i Swastyka. Okultyzm w Partii Nazistowskiej”, Poznań 1996
Rauschning H. „Rozmowy z Hitlerem”, Warszawa 1994
Schellenberg W. „Wspomnienia”, Wrocław 1987

Dokumenty: Archiwum Państwowe w Poznaniu

Przypisy:

[1]Dotyczącą głównie loży masońskich z terenu Niemiec, obecnie opracowane zbiory liczą ok. 65,2 tys. woluminów. Od lat 70. zbiory przechowywane są w osiemnastowiecznym pałacu w Ciążeniu.

[2] Poprzednio jego nieliczna ochrona istniejąca od 1923 nazywała się Stosstrupp Hitler.

[3] Referat był tylko do użytku wewnętrznego: Geisteswissenschaftliche Methodik der Gegnerforschung, Probleme der Gegnerforschung 1943, s. 1-27

[4] Komórka składała się z około ośmiu pracowników, poza szefem w jej skład wchodzili: dr Ernest Merkel, Rudolf Richter, Schmidt, pozostali są znani jedynie z inicjałów Bie, Rm, W, Wz.
[5] Generała Wernera von Fritscha przesłuchiwano w sprawie domniemanego homoseksualizmu i obrazy moralności. Próby psychicznego oddziaływania pomocników Himmlera nie dały rezultatu. Uniewinnionemu von Fritschowi pozwolono dowodzić podczas Kampanii Wrześniowej. Zginął od kuli polskiego żołnierza jako pierwszy niemiecki generał w II wojnie światowej.

Pałac w Ciążeniu

W neoklasycystycznym pałacu, położonym w malowniczym dziesięciohektarowym parku nad Wartą, we wsi Ciążeń ( 70 km. od Poznania w kierunku Warszawy, przy autostradzie A2) Biblioteka Uniwersytecka przechowuje zbiory masońskie, z których można korzystać w specjalnej czytelni.

Zbiory masońskie
Biblioteki Uniwersyteckiej w Poznaniu


Pokój 166;
czynna:

poniedziałek 12.00 - 14.00
wtorek, czwartek, piątek 10.00 - 14.00
środa 10.00 - 18.00
Obsada - mgr Andrzej Karpowicz, st. kustosz dyplomowany

mgr Juliana Grażyńska, bibliotekarz

mgr Witold Karpowicz, mł. bibliotekarz


Tekst2 autor: mgr Andrzej Karpowicz
Biblioteka Uniwersytecka w Poznaniu posiada wydzielony zbiór masoników liczący minimum 80 tys. druków. Zbiór ten został odnaleziony i zabezpieczony jesienią 1945 roku w Sławie Śląskiej (niemiecka nazywa Schlawa, 1938-1945 Schlesiersee), w ramach akcji zabezpieczania druków porzuconych opuszczonych na zachodnich ziemiach polskich. Zbiór ten pochodzi z bibliotek lóż wolnomularskich, głównie ze Śląska i Pomorza. Znalazły się w nim również fragmenty bibliotek wolnomularskich z innych terytoriów. Obejmuje on ok. 2/5 zbiorów posiadanych przed 1933 rokiem przez niemieckie loże wolnomularskie. Losy pozostałej części tych zbiorów nie są znane. Po odnalezieniu w Sławie Śląskiej, zbiór został przewieziony do Poznania i od 1959 roku jest on opracowywany w Pracowni Zbiorów Masońskich BU UAM jako zbiór wydzielony, z własnym katalogiem i inwentarzem. Opracowane zbiory liczą ok., 65,2 tys. woluminów. Od lat siedemdziesiątych zbiory są przechowywane w osiemnastowiecznym pałacu w Ciążeniu (woj. konińskie, 70 km na wschód od Poznania, kilka kilometrów od autostrady A-2 Poznań - Warszawa).

Najstarszą część zbiorów stanowią siedemnastowieczne druki różokrzyżowców. Stare druki osiemnastowieczne liczą kilka tysięcy tomów. Największa część zbiorów pochodzi z XIX i XX wieku (do lat 1933/35). Znajduje się w nich również niewielki, lecz największy w Polsce, liczący 1,2 tys. vol. zbiór literatury współczesnej. Największa część zbiorów masońskich została opublikowana w języku niemieckim. Obok nich jest również dużo druków w językach francuskim i angielskim. Druki w innych językach są reprezentowane w małym stopniu.

W opracowanych zbiorach masońskich Biblioteki Uniwersyteckiej w Poznaniu znajdują się wszystkie niemieckie encyklopedie wolnomularskie, część angielskich i francuskich, dużo opracowań o treści ogólnej dotyczących wszystkich zagadnień wolnomularstwa, podręczniki, literatura apologetyczna, polemiczna i propedeutyczna. Biblioteka posiada również wszystkie podstawowe bibliografie literatury wolnomularskiej, zbiór drukowanych katalogów bibliotek wolnomularskich oraz katalogów księgarskich rejestrujących druki masońskie, Czasopisma stanowią 70 % zbioru masoników. Znajduje się wśród nich 118 tytułów czasopism niemieckich, 32 tytuły niemieckich almanachów i kalendarzy, czasopisma i almanachy w innych językach, liczący ok. 115 tytułów zbiór periodycznych sprawozdań niemieckich wielkich lóż i lóż, podobne sprawozdania w innych językach oraz duży, choć niekompletny zbiór spisów członków lóż niemieckich i rzadziej reprezentowanych spisów z innych państw.

Licznie reprezentowane są mowy i zbiory mów wygłaszanych w lożach (zwłaszcza osiemnasto- i dziewiętnastowieczne) oraz dzieła zebrane najważniejszych autorów wolnomularskich a także przedstawiający różną wartość zbiór biografii. Interesujące są druki literackie w postaci powiastek filozoficznych i powieści wolnomularskich, dramatów i dużego zbioru tekstów pieśni wolnomularskich.

Kolejną grupę stanowią druki poświęcone filozofii, etyce, i myśli społecznej wolnomularstwa oraz jego stosunkowi do różnych wyznań chrześcijańskich i niechrześcijańskich a także związkom wolnomularstwa z rozmaitymi odłamami wiedzy tajemnej. Historia wolnomularstwa obejmuje dzieje misteriów i bractw misteryjnych oraz bractw budowlanych od starożytności do czasów najnowszych, dzieje towarzystw tajnych i zakonu templariuszy, dzieje wolnomularstwa w poszczególnych wiekach i krajach, dzieje wielkich lóż i poszczególnych lóż.

W zbiorach znajduje się kilkaset konstytucji i statutów wolnomularskich, a wśród nich pierwodruk konstytucji Andersena oraz statuty wolnomularskich fundacji charytatywnych i wolnomularskich stowarzyszeń naukowych i kulturalnych.
Niewielki dział druków grupuje publikacje poświęcone działalności zewnętrznej czyli charytatywnej, kulturalnej i propagandowej masonerii. Wiele interesujących druków dotyczy rytuałów i symboliki masońskiej. Znajdują się wśród nich katechizmy i instrukcje masońskie oraz rytuały systemów wolnomularskich, poszczególnych stopni i obrzędów a także prace dotyczące ogólnych zagadnień symboliki wolnomularskiej i wyjaśniające znaczenie i rolę poszczególnych symboli.

Ważną częścią zbioru są druki stowarzyszeń o charakterze i rytuałach zbliżonych do wolnomularstwa, a więc różokrzyżowców, Huminatów, związków nawiązujących do zakonu templariuszy, żydowskiej organizacji B'nai B'rith, druidów (niemieckich), Schlaraffsi, rotarian i innych organizacji. Ostatnim działem zbiorów jest literatura antymasońska z XVIII, XIX i XX wieku.

Katalog zbiorów masońskich Biblioteki Uniwersyteckiej w Poznaniu znajduje się w gmachu Biblioteki, w Pracowni Zbiorów Masońskich. Identyczny katalog znajduje się w Ciążeniu. Wersję mikrofiszową katalogu wg stanu na maj 1989 r. wydała niemiecka firma G. Olms-Verlag z Hildesheim .
Katalog alfabetyczny ma dwa ciągi: Ciąg starych druków XVII i XVIII wieku obejmuje druki wydane do roku 1800 włącznie. Ciąg druków nowych obejmuje druki wydane od roku 1801. Czasopisma nie są wyodrębnione, zostały ujęte w ogólnych katalogach szeregowanych mechanicznie. Wyjątki w szeregowaniu mechanicznym dotyczą spisów członków lóż, umieszczonych pod hasłami zbiorowymi : Matrikel, Mitglieder- Verzeichnis, Naamlijst, Tableau (w zależności od języka), a następnie szeregowanych wg nazwy miasta i loży oraz części sprawozdań lóż szeregowanych pod hasłem : Sprawozdania instytucji i ciał zbiorowych a następnie wg nazwy kraju, miasta i loży.

Katalog rzeczowy, rejestrujący całość zbioru masoników i liczący 20 tysięcy kart jest katalogiem systematycznym, w zasadzie dwustopniowym. Niektóre działy, w zależności od potrzeb, są rozbudowane głębiej, inne mają jako dalszy stopień podziału szeregowanie wg nazw haseł przedmiotowych. Pierwsza cyfra symbolu rzeczowego oznacza dział główny, druga i ewentualnie następne - poddziały w ramach tego działu.

Zbiory masońskie Biblioteki Uniwersyteckiej w Poznaniu należą do największych w Europie. Specjaliści uważają, że zbiory te stanowią jedną z trzech podstawowych zbiornic źródeł do badań nad dziejami wolnomularstwa europejskiego.

źródło: Odkrywca 2004-11-09
Tekst1 autor: Łukasz Orlicki

#2 Guest_Nefryt_*

Guest_Nefryt_*
  • Goście

Napisano 30 sierpień 2008 - 09:11

Aby w pełni zrozumieć motywacje Himmlera do powołania wydziału VII, polecam część referatu dr Joanny Tokarskiej-Bakir

Żyd jako czarownica i czarownica jako Żyd w polskich i obcych źródłach etnograficznych, czyli jak czytać protokoły przesłuchań

Pisząc o polskich Żydach i czarownicach, trzeba się najpierw rozstać z potocznym wyobrażeniem o Polsce jako „kraju bez stosów”. Jest ono tak samo nieprecyzyjne jak obraz idyllicznej i gościnnej Polin, spokojnej przystani przeganianych zewsząd Żydów i heretyków.


To nie komunizm ani nie faszyzm, to dużo starsze. /I.B. Singer o antysemityzmie/

Magistrat Nysy na Śląsku kazał wybudować piec, aby uśmiercać czarownice w sposób udoskonalony technicznie. W ciągu jednego tylko 1651 roku spalono w nim na popiół czterdzieści dwie kobiety. Ogólna liczba śmiertelnych ofiar na obszarze podległym jurysdykcji biskupa wrocławskiego wzrosła w ciągu kilku lat do wielu setek. /K. Baschwitz, Czarownice/

Przed zmrokiem przyszedł mężczyzna o nazwisku Wasilewski i ogłosił wyrok śmierci dla wszystkich Żydów przez spalenie na stosie. /Rywka Fogel, Księga pamięci Jedwabnego/

Nie zamierzam dowodzić tego, co – dla Żydów i dla czarownic z osobna – zostało już dawno dowiedzione: tego, że w kulturze przednowoczesnej Europy istotom, oznaczanym mianem „Żyda” i „czarownicy”, przysługiwał status „obcych”, przedstawicieli antyświata, na który zbiorowa wyobraźnia projektowała wszystko, z czym sama nie mogła sobie poradzić. Chcę natomiast sprawdzić, czy tych dwoje, o których zazwyczaj czytamy osobno, łączy coś więcej niż tylko owa maska „obcego”, rola w herodach i pastorałce. Porównajmy ich „metryki i kwity”, rozproszone po polskich i obcych źródłach etnograficznych, może któreś z nich do siebie pasują? Mówiąc mniej poetycznie: po pierwsze, chciałabym zadać pytanie, jak przebiega przednowoczesne upodobnienie prześladowanych, narzucone im przez logikę wykluczenia, i co z niego wynika. Po drugie zaś, zastanowić się, jak czytać źródła, które po Żydach i czarownicach pozostały, źródła, które – przynajmniej jeśli chodzi o Kolbergowski Lud – są w dużej mierze protokołami przesłuchań.

Część I

Nowy stosunek do źródeł

Od stereotypu do symbolu i z powrotem

Po książkach takich jak Aliny Całej Obraz Żyda w polskiej kulturze ludowej czy też Joszui Trachtenberga Żyd i diabeł, po lekturze monografii Briana P. Levacka, Kurta Baschwitza, prac Owena Davisa czy Bohdana Baranowskiego wydawałoby się, że ów temat osobnych wobec siebie obcości jest zamknięty i wyczerpany. Ale źródła etnograficzne nie wysychają, to tylko nasza lektura już do nich nie przenika.

Etnografowie nie są całkiem bez racji, wystrzegając się realistycznej lektury tych tekstów, zazwyczaj upychanych w działach „demonologia” i „czarownictwo”. Zraził ich do siebie dyskurs, który dominował w licznych przedwojennych i sporadycznych marksistowskich ujęciach tematu. Powab straciła dziś także antropologia pocastanedowska, przypisująca czarownictwo stosowaniu roślin halucynogennych. W ich miejsce, wraz z nadejściem strukturalizmu i później, pojawił się w etnografii dyskurs symboliczny, a nawet – co jeszcze tak niedawno wydawało się niewyobrażalne – swoisty „symboliczny redukcjonizm”. Mamy z nim do czynienia wówczas, gdy tekst etnograficzny traktuje się li tylko jako źródło informacji o obrzędach i wierzeniach, nie zaś jako ślad czyjegoś życia.

Redukcjonizm symboliczny w interpretacji tematów żydowskich i czarowniczych można rozumieć jako wyraz bezradności w stosunku do tego, co kłopotliwe i niezrozumiałe, albo też powątpiewania w status relacjonowanych faktów. Jednak w odróżnieniu od tekstów o płanetnikach, upiorach czy „morowej dziewicy” desygnatami wątków żydowskich i czarowniczych są realni ludzie i właśnie dlatego śladów ich życia nie wolno ograniczać do symbolicznego konterfektu. Z obawy przed podobnym przeoczeniem wywodzi się pomysł niniejszego projektu: będzie on usiłowaniem takiej lektury Kolberga i innych źródeł etnograficznych, głównie „Wisły” i Ludu, by – nie niszcząc narracji symbolicznej – zrekonstruować w nich głos „innego”. W materiale etnograficznym, traktowanym jako tekst, nie zaś tylko zbiór informacji o obrzędach, narracja ta, choć głęboko utajona i stłumiona, ciągle jednak istnieje.

Nie chodzi o zwykle zaprzeczanie wykładni symbolicznej, o mechaniczny powrót na poziom stereotypu obcego w wersji socjologicznej. Chodzi o próbę rozpoznania w materiale etnograficznym własnego głosu „innych”, a więc o zabieg, którego nie podjęła dotąd ani etnografia stereotypu, ani etnografia symbolu. Etnograf miałby teraz mówić „poniekąd w imieniu tych milczących świadków, nie mówiąc jednak za nich, na ich miejscu, i wyciągać z tego wszystkie możliwe konsekwencje”.

Datowanie zabobonu

Historycy sztuki wiedzą, jak trudno jest datować ludowe drzeworyty. Wszystkie pozostałe techniki plastyczne pozostawiają po sobie ślady, po nich można dojść okresu, a nawet warsztatu, w którym powstały. Natomiast odbitka drzeworytnicza zazdrośnie ukrywa swoje pochodzenie. Mogła zostać wykonana przed pół godziną albo i przed pięciuset laty.

Podobnie jest z tym, o czym mówią źródła etnograficzne. Te, z których korzystam (na przykład Kolbergowski Lud, „Wisła” czy Zbiór Wiadomości do Antropologii Krajowej) powstawały w wieku XIX. Stwarzając kontekst dla materiałów pozyskiwanych współcześnie w terenie, Kolberg przytacza wiele fragmentów rzadkich, najczęściej siedemnastowiecznych i osiemnastowiecznych książek, które stanowią „właściwe źródło” przechowanych w folklorze odprysków (nierzadko jest odwrotnie i owe folklorystyczne odpryski okazują się być owym źródłem). Korzystając z tych starych materiałów, dochowujemy wierności nieuchronnej w etnografii zasadzie badania genetycznego, którą w języku nieco patetycznym sformułowano w postaci maksymy: „Przemoc tkwi u początku rzeczy, nie u ich końca”.

Na pytanie, czy w wieku XIX nadal jeszcze wierzono w moc czarownic i ciemne sprawki Żydów, odpowiedzi jest zapewne tyle, ile znaczeń słów, z których składa się pytanie o „czarownice”, „Żydów” i „wierzyć”. Moja odpowiedź podąża tropem przytoczonych na wstępie słów I.B. Singera: w moc czarownic i ciemne sprawki Żydów wierzy się zawsze, gdy zachodzi taka potrzeba.

Tym, którzy w wiecznie żywej plotce o dziecku porwanym na macę chcą widzieć nie myślenie mityczne sensu stricto, a zaledwie kulawą „racjonalność” antysemickich uprzedzeń, można by przeciwstawić liczne świadectwa żywotności zabobonu: od sformułowania, jakiego użyto w polskiej uchwale sejmowej z roku 1776, znoszącej karę śmierci za czary – nie ma w niej ani słowa o nieistnieniu czarów, za to czytamy o tym, że przestaje się je karać śmiercią; przez ponurą historię pogromów, rozpoczynających się zawsze od plotki o „mordzie rytualnym”; po zeszłoroczne oświadczenie biskupa w sprawie obrazów w sandomierskiej farze, które ów mord ilustrują. Obfitości współczesnych materiałów na temat czarownic dostarcza wspomniana już praca Owena Davisa Witchcraft, Magic and Culture 1736-1951, doprowadzająca sprawy do lat pięćdziesiątych XX wieku.

Jak wiadomo, zmiana świadomości nie idzie w parze z natychmiastową zmianą języka. Pisze o tym Richard Rorty: „słownictwo używane przez fundatorów jakiejś nowej formy życia kulturalnego w przeważającej mierze składać się będzie z zapożyczeń ze słownika kultury, którą mają oni nadzieję zastąpić”. Jak to było w wieku XIX? Czy cytowany przez Kolberga E. Kierski, który pisze, „że dzieweczki dziesięcio- lub ośmioletnie, a nawet już przy urodzeniu diabłu już były ofiarowane, lecz te deszcz i grad tylko sprowadzały” – parafrazuje zabobon czy jeszcze mu ulega? A sam Kolberg – czy zawsze pozostaje wolny od uprzedzeń? Czy wówczas, gdy pogłoski podparte są nutą realizmu – jak teoria o mordach rytualnych jako śladach wyczynów „jakiejś sekty żydowskiej” – nie nadstawia im przypadkiem ucha? Czy nie potwierdza tego, pisząc o „orgiach, niekiedy z ludzkimi ofiarami z kwitnącej młodzieży złożone, i bywało niekiedy, że matka na krwawą obiatę swe własne dziecko zadusiła” (K55, 432)? Co mamy sądzić o słowach Elizy Orzeszkowej, która w swym etnograficznym wpisie do „Wisły” z roku 1888 rozróżnia pozbawioną duszy „wiedźmę” od dobrej, pomagającej ludziom „lekarki”, po czym opowiada historię wiedźmy Słaboszyckiej, która „za odmówienie jej kawałka słoniny coś takiego Karasiowi i jego żonie zadała, że od tej pory kłócić się z sobą nie przestają”?

Tę bezwładność języka, który nie nadąża za zmieniającą się świadomością, łatwo zresztą zaobserwować na sobie samym. Nie można oszukać języka. Język jest podmiotem zbiorowym i trudno go upilnować. Jeśli zmiany świadomości są zaledwie „życzeniowe”, język szybko zdradzi mówiącego. Niektórym zdarza się ów język w dobrej wierze korygować, co niekiedy daje rezultaty odwrotne od zamierzonych. Oto w znakomitej książce Richarda Kieckera Magic in the Middle Ages pod reprodukcją strony z piętnastowiecznego manuskryptu, na której widać kobietę z niemowlęciem w towarzystwie trzech czarownic i rogatego diabła, widnieje podpis: „Kobiecy magowie i demon”. Ten podpis irytuje. Dlaczego nie „diabeł”, tylko „demon”? Dlaczego nie „czarownice”, tylko „kobiecy magowie”? I kim wobec tego jest ta matka z dzieckiem?

To „neutralne” objaśnienie pod tą właśnie ilustracją wygląda na przejaw najczystszej obłudy. W każdym tomie Kolberga, także w odpowiednich źródłach europejskich, a nawet w popularnym wydaniu Złotej gałęzi Frazera przeczytać można, że niemowlę stanowić miało najbardziej poszukiwany składnik „maści czarowniczej” i że czarownice, zupełnie skądinąd jak Żydzi, rzekomo masowo dzieci na ten cel porywały.

O tym, że oglądane na ilustracji niemowlę zostało przeznaczone „na maść”, zdaje się świadczyć złowróżbny kocioł, który stoi na pierwszym planie. W sensie czysto ikonograficznym rycina ta zawiera wszystkie elementy typu zwanego „kuchnią czarownic”. Skoro więc na obrazku, ilustrującym stan świadomości autora i jego współczesnych, i tak widzimy „diabła i czarownice”, czy zatem neutralne określenie „kobiecy magowie i demon” ma tu jakikolwiek sens?

„Nowy stosunek do źródeł”

Pisząc o polskich Żydach i czarownicach, trzeba się najpierw rozstać z potocznym wyobrażeniem o Polsce jako „kraju bez stosów”. Jest ono tak samo nieprecyzyjne jak obraz idyllicznej i gościnnej Polin, spokojnej przystani przeganianych zewsząd Żydów i heretyków. Nie uwzględnia między innymi tysięcy kobiet, spalonych w Polsce w okresie pomiędzy wiekiem XVI a XVIII, a także licznych Żydów skazanych za czary, profanację hostii, zatruwanie studzien, porywanie chrześcijańskich dzieci.

Skoro w orzeczeniu sądowym z roku 1707 czytamy, że jakąś kobietę nakazano spalić za wsią, „na miejscu zwyczajnem, gdzie zawsze czarowników palą” (Kar 177), widać nie był to pojedynczy eksces tej łagodnej, lokalnej kultury. W procesach o czary, w których w Polsce kara śmierci została zniesiona w roku 1776, obrońca pojawił się niespełna czterdzieści lat wcześniej, w roku 1737. Niezależnie od subiektywnej świadomości uczestniczących w niej osób – zwłaszcza sędziów – procesy te nie przypominają niczego, co dziś określamy tym terminem. Sędziowie nie są sędziami, świadkowie nie są świadkami, zeznania wymuszane na torturach nie są zeznaniami, a zapadające w procesach wyroki to egzekucje. Prawdziwa jest tylko śmierć oskarżonych, jakkolwiek ich tożsamość jako takich nie została w najmniejszym stopniu dowiedziona.

„Uderzającym we wszystkich naszych procesach o czary jest fakt, że nikt nigdy nie staje w obronie obwinionego” – pisze Karłowicz. Mają oczywiście rację historycy, którzy twierdzą, że w porównaniu z innymi krajami europejskimi czarownicom, Żydom i heretykom żyło się w Polsce całkiem nieźle, ale to „nieźle” jest oceną nadzwyczaj relatywną. Jak pisałam w tekście „Żydzi u Kolberga”, wypadałoby zestawić ją z opiniami samych zainteresowanych. Z różnych przyczyn nie jest to niestety możliwe, zaś w przypadku czarownic całkowicie wykluczone.

W porównaniu z historykiem etnograf jest w tej komfortowej sytuacji, że może eksperymentować, animując w swej pracy różne punkty widzenia, w tym także głosy radykalne. Dwa takie głosy, mówiące unisono, chciałabym uczynić punktem wyjścia moich rozważań o upodobnieniu prześladowanych w polskiej kulturze przednowoczesnej. Walter Benjamin uważał, że w ciągłość wyposażona jest tylko historia ciemiężców, podczas gdy historia ciemiężonych stanowi discontinuum. Jest pełna dziur, z których każda oznacza zamilknięcie, wymuszone śmiercią lub wykluczeniem. Sprawę zerwania, nieciągłości historii prześladowanych jeszcze ostrzej stawia Simone Weil: „myśl [historyczna] podporządkowuje się dokumentowi. Z natury rzeczy jednak dokumenty pochodzą od potężnych, od zwycięzców. Tak więc historia nie jest niczym innym niż kompilacją zeznań złożonych przez morderców o ich ofiarach i o sobie samych”.

Pisząc to zdanie przed z górą pięćdziesięciu laty, Simone Weil miała na myśli wyniszczenie kultury okcytańskiej, katarów i albigensów, ale analogie z prześladowaniem czarownic i Żydów nasuwają się same. Gdy czytamy postulat Jana Tomasza Grossa domagającego się „nowego stosunku do źródeł”, jakie pozostały po Zagładzie europejskich Żydów, słyszymy w nim jakby echo słów Weil.

Mimo że od czasu, gdy powstawał korpus źródeł etnograficznych, minęło z górą sto lat, na prehistorię polskiej etnografii, na jej źródła przeddziewiętnastowieczne, ciągle jeszcze patrzymy oczami Oskara Kolberga i Ludu. Dzisiejszy etnograf Kolbergowi zawdzięcza prawie wszystko, ale jego „synowskim obowiązkiem” jest poza ów fundament wykraczać i, prawdę mówiąc, jest to jedyny uczciwy sposób wykorzystywania przewagi, jaką potomkowie mają nad pionierami. O ile Kolberg zdawał sprawę z przeszłości „ludu” i „ludoznawstwa”, o tyle my, znający też przyszłość – dwudziestowieczne perypetie Volk i Volkskunde – możemy dziś z całą wiedzą o Wieku Wykluczenia do tradycyjnych kolbergowskich źródeł powrócić. Powrócić po to, by w poszukiwaniu tego ziarna, o którym pisał Ludwik Stomma, że zapodziało się koło owej karczmy, przy której Żyda Lejbusia „kołowano”, przeczytać te źródła raz jeszcze.

Duża część rozpatrywanych w tym artykule źródeł etnograficznych opiera się na dokumentach sądowych z procesów o czary. „Protokół przesłuchania – pisze Gross – to bardzo specyficzny gatunek dokumentu źródłowego, w którym głos odautorski zapośredniczony jest przez osobę trzecią, zadającą pytania i spisującą odpowiedzi. Dlatego też wartość materiałów procesowych dla historyka bardzo zależy od sposobu prowadzenia śledztwa i wnikliwości przewodu sądowego”. Protokoły z rozpraw czarownic i Żydów układają się w to, co Weil nazywa „historią zwycięzców”. Zanim poszukamy w nich głosu ofiar, przyjrzyjmy się najpierw owej „historii zwycięzców”, rekonstruując logikę prześladowania. Najpierw mowa będzie o czarownicach.

Część II

Czarownice u Kolberga: logika wykluczenia

Sposób definiowania i segregacji prześladowanych jest zastanawiająco podobny i logicznie podobnie ułomny, nieważne, czy chodzi o wiek XVI, XVII czy XX. Ważne jest jedno – skuteczność realizacji celu. Definicja, oznaczenie, wywłaszczenie, koncentracja (izolacja), mord – tak wygląda rozwinięty dwudziestowieczny idealny typ Vernichtung. W polowaniach na czarownice sensu stricto ta kilkustopniowa logika ulega uproszczeniu. Mamy tylko definicję, cyniczne, silnie zaznaczone wywłaszczenie i mord.

Katarzyna Leszczyńska zauważa, że słowo Ausrottung, używane przez Hitlera wobec niemieckich Żydów, ma podobną historię jak słowo extirpatio, stosowane początkowo wobec heretyków, a później, poczynając od wieku XVII, oznaczające całkowite wytępienie czarownic. „Oba nie potrzebowały żadnych dodatkowych objaśnień” – pisze Leszczyńska – każdy współczesny wiedział, o jakie „rozwiązanie” – Entlösung – tu chodzi.

Po wytępieniu ostatnich heretyków chrześcijaństwo zajęło się wrogami wewnętrznymi. W tej wojnie wewnętrznej, wydanej diabłu i jego agentkom, ukrytym we własnym społeczeństwie, dwa pozostałe elementy wyniszczania – wyraźne oznaczenie i koncentracja (izolacja) – nie były do niczego potrzebne. Specyfiką polowania na czarownice był suspens, ukryty w samej definicji czarostwa. Jest ono sprawą diabelską, a diabeł lubi się ukrywać, „nawet w rzeczach świętych, iako i w Sakramentach swoie hasła i sidła zasadził”. Ergo: nikt i nic nie może być poza wszelkim podejrzeniem. Wzorując się nieświadomie na podstępach Przeciwnika, bo naśladując Łowcę z traktatów manichejskich, który po górach ściga pojedynczą Łanię, ofiary jedna po drugiej wyrywano ze stada, jak rybak nieśpiesznie łowi ryby „pod pastwą wędy”, „iako ptasznik, co sypie siemię w klatkę na połów sikor nieostrożnych” (292).

Definicja: „dziwne znaki abo hasła...”

Przednowoczesna definicja Żyda nie sprawiała nikomu trudności. Inaczej było z definicją czarownicy. Przyjrzyjmy się tekstowi z roku 1639 – Czarownicy powołanej abo krótkiej nauki y przestrogi z strony Czarownic: „Czarnoksięstwo abo Czary (...) jest sposób pewny abo nauka, iako broić i dokazować dziwnych rzeczy przez pewne znaki abo hasła, abo dla z pomocą szatańską, które to znaki abo hasła, iako i wszytka ta nauka bezecna czartowska, naprzód od diabła postanowiona i podana” (284). Te „dziwne znaki abo hasła” na długo staną się synonimem diabła i pieczęcią wykluczenia. Hic sunt leones.

Czarostwo trzeba rozróżniać od zabobonów, choć tego, jak to robić, autor nie tylko nie mówi precyzyjnie, ale, co więcej, zdaje się nawet podważać uczynione przed chwilą rozróżnienie. Weźmy paragraf drugi, z którego wynika, że choć „czarownice” i „zabobonice” to nie to samo, to jednak „niedaleko” od siebie odchodzą, a ponieważ białogłowska skłonność do zabobonów jest powszechnie znana („Y ledwo którą znaleźć, choć pobożną, ktoraby niemi [to jest zabobonami] przynajmniej na czas, y z niewiadomości nie trąciła, y iem wiary nie dawała”), ergo... Milczące wskazanie na płeć jako znak rozpoznawczy czarownicy stanowi tu wyraźną podstawę przyszłych denuncjacji.

Uzasadnienie powodów, dla których wśród kobiet czarownic jest więcej niż wśród mężczyzn, nie jest zaskakujące: „a muliere initium peccati, początek grzechu od Jewy, starki naszey” (296). Kobiety dziedziczą po Ewie „rozsądek niedoskonały”, „małą expiriencyę”, „pełno affektów y passyi niepohamowanych”, łatwowierność i skłonność do zabobonów. „Nad to są też białogłowy przyrodzenia flegmistego y wilgotnego, a wilgotność łatwie się wzrusza, y na niej iako na wodzie co chcesz snadnie wyrazisz”.

Nieostra definicja, akcentująca jedynie płeć jako usposobienie do czarownictwa, sprawia, że podobnie jak w przypadku Żyda krew, tutaj sama płeć zaczyna czarownicę oskarżać. „Rodzaj żeński” staje się namiastką oznaczenia, odpowiednikiem przyszytej żydowskiej żółtej łaty, koła czy gwiazdy.

Oznaczenie-napiętnowanie

W oczach większości oznaczenie żółtą łatą, a także osobna dzielnica żydowska, której bramy „ryglowano (...) od zewnątrz, jakby tu mieszkali zadżumieni, oni zaś barykadowali się wewnątrz jak oblegani”, stanowiły gwarancję, że obcy żywioł znajduje się pod kontrolą. Oznaczenie i koncentracja w wydzielonej dzielnicy samym Żydom dawały też jednak oparcie, mające sens nie tylko psychologiczny, ale też pragmatyczny. Wyrażał się on między innymi w płaconej przez wiele gmin żydowskich swoistej „daninie antypogromowej”, którą uiszczano na ręce tych, których uważano za zdolnych zapobiec pogromowi. Instytucja haraczu (i szmalcownictwa?) znajduje tu, niestety, swoją szyderczą genealogię.

W okresie procesów o czary kobiety pozbawione były ochrony, jaką daje niezagrożona niczym przynależność. Nad każdą z nich kryminalne piętno wisiało niczym zagrożenie pogromem nad Żydami („pogrom w stanie możliwości”), ale dopiero sam proces piętno to ujawniał. Jeśli przeciwko obwinionej przemówiły dwa zaprzysiężone współbrzmiące zeznania (autor Czarownicy powołanej służy przykładem: jednego dnia widziano, jak kradła hostię z kościoła, drugiego zaś „z inszemi znakami” była „z nami na schadzce diabelskiej”, 306), każda kobieta mogła zostać potencjalnie napiętnowana i skazana. Jej słowom ani zeznaniom rodziny nikt nie dawał wiary. Ironią losu zeznania te w polszczyźnie Czarownicy powołanej nazywane są „testamentami” (299).

Jak pisze Kolberg, „wykonana przysięga instygatora [oskarżyciela publicznego] rozstrzygała nieodwołalnie o losie oskarżonej osoby” (K 15, 87). „Przysięgamy cię za czarownicę, tak nam dopomóż Bóg i Jego Święta Męka” – powtarzają trzej kmiecie ze wsi Melniów w roku 1707, oskarżający Agnieszkę Martynajciową (Kar 177). Przysięga ma moc performatywu.

W razie wątpliwości (w sytuacji, gdy przyznania się do winy nie wydobyto od oskarżonej bonis mediis) zarządzano pławienie i tortury. Pławienie rządziło się znaną logiką: ta, która tonie, jest niewinna, która zaś nie utonęła, jako widoma czarownica miała w perspektywie śmierć od ognia. „Dość było, że podczas pławienia nie tonęła i że »mówili na nią różni ludzie«” – ironicznie komentuje Jan Karłowicz (Kar 136). Odnotujmy na marginesie, że także pławieni Żydzi nie toną (T 197, przyp. 3). Także i w ich przypadku wystarczą dwaj świadkowie oskarżenia. Warto też pamiętać, że coś w rodzaju pławienia ostatni raz przytrafiło się polskim Żydom całkiem niedawno, w czasie pogromu w Radziejowie w roku 1941.

Logika wykluczenia każdy dowód potrafi obrócić przeciwko oskarżonym. Niekiedy nawet „pomyślne przejście próby wody”, jak eufemistycznie nazywano utonięcie, nie było w stanie przekonać sędziów o niewinności zabijanych. W oczach sędziów świadczyło ono najwyżej o niepewności prób. Także śmierć naturalna nic nie zmieniała w opinii, jaka pozostawała na świecie po zmarłej czarownicy. Autor Czarownicy powołanej pisze, że Karol Wielki „tak dalece od iedney wszeteczney czarownice był zaczarowany, że gdy ią wkrótce Bóg z tego świata ztrącił, on iednak, zczarowany od niey za żywota, nie był y po śmieci iey od czar uwolniony” (295). Zgodnie z logiką wykluczenia, a wbrew rzymskiej zasadzie crimina morte extinguntur, nienawiść silniejsza jest niż śmierć.

Motywacje oskarżycieli

„Nie ma tak bezecnego kłamstwa, któremu na świadkach by schodziło” – powiada cytowany przez Kolberga Pliniusz. Kto mógł oskarżać i jak brzmiały oskarżenia przeciw czarownicom? „Zbierała coś”, a potem bydło zdychało – mówi sądowi Wojciech Duda przeciwko Reginie Frąkowej ze wsi Obrażejowice w roku 1700. „Widziałem Frąkową nago tylko w koszulce biegła przez swój ogród bardzo prędko do swojej chałupy”. „Słyszałem od dzieci”, „więcej nie wiem, chyba to, że mówili na nię, że ona musi umieć co” (Kar 138), „...nie widzieliśmy jej na czarostwie, tylko ludzie dawno powiadają, że jest czarownicą”, „doniesło się na Frąkową, że to z jej uczynku bydło zdycha, bo zbierała coś przed oborą”, „ludzie z dawności powiadają, że to czarownica” (Kar 174). Te wypowiedzi powtarzają się nieprzypadkowo. „Powołanie abo pomowa od drugich ludzi” stanowiła iudicium (B 217), wzmocnienie zeznania, nie zaś jego osłabienie czy kompromitację.

W rozprawie Reginy Frąkowej, z której pochodzi część przytoczonych wypowiedzi, nie było nawet elementarnych dowodów, a jednak oskarżona poniosła śmierć. Nie miała szans, odkąd głos przeciwko niej zabrał szlachcic Kawecki: „Nie o żadną szkodę, żeby miała szkodzić czarostwem swojem w czemkolwiek dworowi albo gromadzie – dowodził, z braku faktycznych dowodów – tylko o sam honor Boski potrzeba się ujmować. Czy to nie dokument, że nago ją widzieli (...), co jest przeciwko naturze człowieczej...?”.

Jakie były motywacje skarżących? W Kaliszu na przykład w trzech procesach, których protokoły wydał po wojnie Bohdan Baranowski, w grę wchodzi niedowarzone piwo. W protokole zeznań świadka czytamy: „Zatem rzekł młynarz pana Szkulskiego: o, czarownico, popsowałaś piwo...” (NP 41).

Niekiedy, jak możemy się domyślać z relacji o rodzinie Ubów, wydziedziczonej i wygnanej pomimo orzeczonego czarostwa, chodziło po prostu o ziemię, na którą chętkę mieli Rudziusiowie, „ludzie hiobowi”, którym „co się urodziło, to zaraz umierało” (z powodu Ubowych czarów oczywiście – Kar 142). W głosach innych oskarżycieli odzywa się wielokrotnie banalna potrzeba znalezienia winnych nieszczęść – śmierci dziecka, pomoru bydła, suszy lub gradu, nieurodzaju, choroby czy pożaru. Rzecz dobrze znana nie tylko czytelnikom René Girarda, ale też klasyka brytyjskiej antropologii, E. Evansa-Pritcharda, dzięki któremu kurczaki u Ndembu i Azande weszły do światowej historii. Jednak nie tylko nieszczęścia domagały się „czarowniczego” wyjaśnienia. Nie mniejszą podejrzliwość wzbudzały też – oczywiście cudze – powodzenie, harmonijne życie, pomyślność w gospodarstwie. W idyllicznej przednowoczesnej Polsce gospodyni, której się „mleko darzy i dużo cieląt chowa” (K 7, 96), nie mogła spać spokojnie.

Pozwólmy sobie dalej zgadywać. Czy arbitralność wskazania, kto jest, a kto nie jest czarownicą, mogła nie być wykorzystywana jako sposób na pozbycie się niewygodnych kobiet? Starych żon, zazdrosnych kochanek, niewygodnych świadków czy uprzykrzonych rywalek? Siemieński opisuje dzieje „parobka Kiryłła”, który starał się bezskutecznie o Paraskę, kowalczankę.

Czarownica, za pomocą wypróbowanych sposobów (zaszycie włosów parobka w koszulę Paraski), zapewniła mu jej wzajemność. Niestety, po dwóch latach Kiryłło porzucił kowalczankę, a niestałość objaśnił zgodnie z przyjętymi regułami: „oskarżył czarownicę, wyznał wszystko pod przysięgą, a babę spalono przed dworem”. Gdzie indziej ten sam Siemieński opowiada o tchórzliwym rycerzu, który widocznie często doznawał publicznych kompromitacji, toteż oskarżył czarownicę, że z zemsty wyjęła mu serce i zamieniła na zajęcze. Zanim ją spalono, „na mękach wyznała wszystko”.

Wiele czarownic rozpoznano po zranieniu, jakie im zadano, gdy chodziły po świecie pod postacią żaby czy kota. To jeden z najpowszechniejszych wątków: noga kocicy, odrąbana w nocy przez młynarczyka, okazuje się rano upierścienioną ręką pani. Z taką panią pan nie chce mieć już więcej do czynienia i mówi: „kie ja mam mieć paniom moją czarownice, to ja każę zaprząc cztery konie do bron żelaznych, wywieść panią na pola i roztargać na drobne kawałki. I zrobiuł tak” (K 15, 105). Porzucanie żon, pod pretekstem, że są wiedźmami, zaświadcza Kolberg w Pokuciu i cytowany przez niego ksiądz Bohomolec, którego początek opowieści brzmi: pewien człowiek „żył przez

30 lat z szatanem imieniem Florina...”. Czytamy też o przecinaniu wiedźm kosą i o praktyce „przecinania słomki”: „Już nieraz zmore przecięli, co się jako słomka do izby zakradała, a wtedy pół baby za oknem, a pół w chacie widziano”(K 7, 75 i 96-99). Trudno każdą z tych opowieści brać za dobrą monetę, niewątpliwie jednak są na swój sposób świadectwami. Wyłania się z nich osobliwa, mocno sadystyczna wyobraźnia przeszłości.

„Młotek” na czarownicę

Posłuchajmy dwóch historii, które są być może tylko bajaniem, otwierają jednak pole do domysłów, pod jakim pretekstem można było, z gwarancją absolucji, wyprawić kobietę na tamten świat. Pewien stangret znalazł w grzywie konia jabłko (bo się zmora przedzierzgnęła w jabłko), „i to jabłko wzioł i jad go połowe, i potem że mu nie smakowało, rzucił na stajnie. I rano zobaczył, że w tym mniejscu nogi od kobity z tyłkiem” (K 7, 74, przyp. 2). I druga: „Stolarz pewien, duszony czas jakiś przez zmorę pochwycił ją wreszcie, a pasując się z nią, uderzył ją silnie młotkiem, zabił i wyrzucił na gnojowisko. Nazajutrz znaleziono w tym miejscu ludzkiego trupa, z jeszcze świeżą raną, od uderzenia młotkiem zadaną. Wypadków tych było kilka”.

W historii tej pojawia się osobliwa antydemoniczna broń, młotek. Czyżby nawiązywano w ten sposób do słynnego Młota na czarownice? I skąd ów „młot”? Czy stworzyła go nieposkromiona wyobraźnia łacinników, którzy zgodnie z zasadą similia similibus curantur, podobne (malum – zło, maleficium – czarownictwo) chcieli zwalczać podobnym (malleus – młotek)? Ów dziwaczny „motyw młotka” odżywa u księdza Bohomolca, by w stuleciu kolejnym rozpłynąć się już w bliżej nieokreślonym „wątku krwi”: „Szlachcic jeden w Polszcze żalił się przed podróżnym kapłanem na czarowników, we wsi swoyey rozmnożonych. Zkądże ich poznawał? – Oto, mówił, w dzień nie słychać żadnego świerszcza, a skądś chłop na strażę przyjdzie, zaraz albo w tym, albo w owym kącie odzywa się. Lecz wynalazłem – przydawał – taką przeciwko nim ochronę. Nie mogę dla drżącej od starości ręki tak silnie uderzyć, aby się krwią zalał, więc zawoławszy straży póty w nos młotkiem biję, póki się krew nie ukaże”.

Władysław Wójcicki pisze w dziewiętnastowiecznej Encyklopedji wielkiej, że pewną Magdę, wielkopolankę, którą w roku 1762 uznano za czarownicę, zawezwany na egzekucję kat „uderzył mocno w twarz tak silnie, że się cała krwią oblała”. Jak się okazuje, nie była to wcale czcza przygrywka do męki, na jaką ową Magdę skazano, ale gest wielce racjonalny. Za nie wymienionym z nazwy rękopisem Wójcicki objaśnia go jako „sposób jedyny w owych wiekach, którym odejmowano moc czarownicy szkodzenia drugim”. Autor tłumaczy to odwołaniem do znanego fragmentu 3 Księgi Mojżeszowej 20:27, gdzie czytamy: „Mąż albo niewiasta, w których by był duch czarnoksięski albo wieszczy, śmiercią umrą: kamieniem ukamionują ich, krew ich będzie na nich”. Dzisiejszemu etnografowi, osłuchanemu z ludowymi racjonalizacjami zagłady Żydów jako „męczychrystów”, owa „własna krew” zwracająca się przeciw szkodnikowi, obezwładniająca go, kojarzy się raczej ze złowróżbną enuncjacją Ewangelii Jana: „Krew jego na nas...” (Mt 27, 27). Dajmy jednak na razie spokój genealogicznym dociekaniom. Nawet jeśli przodkiem „młotka” był „młot”, a ich wspólnym przodkiem biblijny „kamień”, to i tak zawsze chodziło wyłącznie o jedno – o krew.

Wojna i solidarność płci

W klasycznych procesach czarownic zdarzały się prawdziwe wojny płci, jak miało to miejsce w przypadku procesu z roku 1761 w Gorzuchowie, gdzie „pracowici” Maciej, Walenty i Jan, a także panowie Feranowski i Dudowicz skarżą pięć kobiet o kradzież sakramentów, czary z pomocą „kobylich łbów, żmijów, wężów i wilczej łapy”, loty na Łysą Górę i inne bezeceństwa. Rzecz charakterystyczna, na stosie ginie wtedy dwa razy więcej kobiet niż pierwotnie oskarżono, jako że do matek gorliwi sędziowie dołączyli także i córki (K 15, 247).

Nie zawsze jednak mężczyźni zwracali się przeciw kobietom. Zdaje się o tym świadczyć duża liczba zniknięć, które obok samobójstw stanowią prawdziwą plagę więzień, gdzie przetrzymuje się czarownice („przez desperatią wieszaią się, trując y zrucaiąc za poduszczeniem diabelskim, abo mu się odlecaiąc: co się barzo często trafia”, Boh 285). Czy w zdarzeniach tych nie można się domyślać przekupstw, dokonywanych przez mężów, ojców i braci prześladowanych kobiet? Zniknięcia te szczęśliwie wcale nie dziwią autora Czarownicy. On wie, że diabli mogą ciała swoich sług „z mieysca na mieysce przenosić, bo są duchownie mocni” i że „takie przenosiny [ciał na odległość] na czas i prawdziwe bywaią (Boć i Zbawiciel Pan dawał się nosić)” – czytamy (Boh 294). Czeski dokument sądowy z XVI wieku tak uzasadnia zwyczaj zawieszania podsądnych pod sklepieniem lochu: „czarodziej dotknąwszy ziemi, albo znika, albo siłę odzyskuje”. Zapewne tej właśnie okoliczności przypisywano część zniknięć oskarżonych o czary.

Ostatnią grupą oskarżycieli były w procesach o czary same oskarżone. „Każdy kto cierpi, stara się swoje cierpienie przerzucić na innych czy to krzywdząc samemu, czy to budząc współczucie” – pisała Simone Weil.

Czytamy o tym w niemal wszystkich dokumentach procesowych. „Inkwirujący wylicza po kolei wsie okoliczne, a torturowana z każdej z nich wymienia mu po jednej lub więcej towarzyszek wyprawy łysogórskiej” – pisze jeden z dziewiętnastowiecznych autorów (Kar 173). Frąkowa, ta sama, której winą było bieganie w samej koszuli po własnym ogrodzie, na torturach przyznała się do wszystkiego, co tylko możliwe, i wskazała liczne towarzyszki wypraw. A jednak „podając już szyję pod miecz katowski na placu śmierci... Regina odwołała swojemi usty Kramarzową z Prędocina” (Kar 175). Także inna ofiara tortur, Krystyna Gajowa, „przy ostatnim pryzie [to jest kresie] żywota swego, gdy już była wywieziona na plac, prosiła za tkaczką [którą wcześniej oskarżyła]” (Kar 137).

W pierwszej kolejności torturowane oskarżają ludzi zmarłych, powszechnie znienawidzonych lub takich, z którymi nie odczuwają żadnej solidarności. Na przykład Żydów: „Item zeznała, że wie to za pewne od tłusty Doroty, iż Stanisław Kliecha w Gnieźnie u S. Piotra ukradł krzyż i taż go tłusta Dorota nosiła Żydowi przedać połamany, ale go nie chciał kupić, tylko go sama też sztukę ułupieła, którą sztukę za ośmnaście groszy przedała, a ostatek temu Stanisławowi wrócieła i tak złamany inszemu Żydowi w Poznaniu przedał” (NP 15). Nie wiemy, co się stało z Żydem, jednak nazwisko wspomnianego Klechy (czy tego samego?) powraca w cytowanych przez Kolberga aktach procesu o czary.

Kiedy indziej znów znękana ofiara usiłuje odegrać się na oprawcy, oskarżając jego żonę o czary. Oto co oskarżona Apolonia Porwitowa z Glinek wyznała „urzędowi” na osobności: „Katowa też umie czarować, bo u Bieniaszki [innej oskarżonej] miała nieraz czary (...). Katowa tam jadała pieczyste, zajęczynę, piła drogie picie, miała się od niej dobrze. Dziewka też, co służyła u Banasia przeszło pół roczku wie o tym. Któremu katowa u Badury naprawiała piwo we dzbanie tam coś zamówiwszy, tedy na ono piwo wnet gości pełno było, a Katowa tam sobie [do]wolnie nalewała piwa i piła, natenczas pani doma nie było, czegom nie śmiała przy kacie powiadać, gdy mnie męczył, bom się go bała (...)” (NP 34).

Odpowiedzialność za sny

W materiałach zarówno polskich, jak i obcych wielokrotnie znajdujemy wyrażone wprost przypuszczenie, że wiele z tego, co wygaduje się o orgiastycznych sabatach czy o magicznych lotach czarownic na ożogu, należy raczej do dziedziny snów czy halucynacji niż twardych faktów. Oto co pisze o tym Bartolomeo Spina, szesnastowieczny autor traktatu o strzygach: „W więzieniu pewnego funkcjonariusza Inkwizycji trzymano pewną czarownicę, która twierdziła, że często przenosiła się magicznie w przestrzeni. Gdy o tym książę [sygnowany N.] usłyszał, postanowił dowiedzieć się czy to prawda. Wezwał inkwizytora D. i zdołał go przekonać, aby pozwolił tej kobiecie przyjść i aby w obecności księcia i licznej szlachty, posmarowała się jak dawniej swoją zwykłą maścią. Gdy inkwizytor dał już swoje zezwolenie (co może było błędem), czarownica stwierdziła, że jeśli posmarowałaby się jak dawniej, odeszłaby i zabrałby ją diabeł.

Ale gdy w końcu posmarowała się kilkakrotnie, jedynie znieruchomiała i nie zdołała sprawić, by stało się z nią coś niezwykłego. Żyje jeszcze wielu świadków, którzy to widzieli. Stąd też można wnosić, że jest niewątpliwym fałszem, jakoby czarownice w ramach swoich paktów przenosiły się w przestrzeni, konno albo też inaczej. Jest raczej tak, że gdy się im wydaje że się przenoszą, jest to tylko skutkiem diabelskiego złudzenia.

(...) Teraz będzie mi miło przytoczyć przykłady, o których powiadają, że miały miejsce w naszych czasach. Dominus Augustinus de Turre z Bergamo, najbardziej wykształcony doktor naszych czasów, opowiedział mi kilka lat temu w swojej rezydencji w Bergamo, że gdy był młodym studentem w Padwie, pewnego dnia powrócił do domu ze swymi towarzyszami. Zapukał do drzwi, a ponieważ nikt mu nie odpowiedział ani nie otworzył, wspiął się po drabince i wszedł do środka przez okno. Poszedł szukać służącej i w końcu ją odnalazł, leżącą w pokoju, nagą jak nieboszczyk i całkowicie nieprzytomną, tak że trudno było ją udźwignąć. Rano, gdy odzyskała zmysły, zapytał, co się jej tamtej nocy przydarzyło. W końcu odpowiedziała, że została zabrana w podróż. Rozumiemy z tego, że one [czarownice] nie są oszukiwane przez ciało lecz przez własny ich umysł albo też przez sny, tak że wyobrażają sobie, że wybierają się w dalekie podróże, podczas gdy ich ciało spoczywa nieruchomo w domu”.

W obu przytaczanych opowieściach autor usiłuje znaleźć przyrodzone wyjaśnienie zjawisk rzekomych magicznych lotów czarownic, a gdy już je znajduje, teoria o halucynacji wcale nie podważa jego przekonania o „pakcie”, jaki wymienione przez niego kobiety zawarły z szatanem, i o mianie czarownic, na jakie w związku z tym zasługują. Z maksymy Heraklita „jesteśmy odpowiedzialni nawet za nasze sny” życie zrobiło tu ponurą karykaturę.

Podobnym dwójmyśleniem naznaczona jest historia, którą przytaczamy za kolegą Galileusza, Giovannim Battistą Porta i jego dziełem Magia naturalna: „Choć one [czarownice] mieszają z tym wiele przesądów, jest jednak oczywistym dla obserwatora, że rzeczy te są wynikiem działania siły przyrodzonej. Ja powtórzę to, co od nich słyszałem. Biorą tłuszcz niewiniątka i doprowadzają go do wrzenia w miedzianym naczyniu, potem go odlewają i następnie zagniatają pozostałość. Mieszają ją z blekotem, tojadem, gałązkami topoli i smołą. Czasem też dodają popiół, cykutę, krew nietoperza, solanum somniferum [?] i oleje (...). Gdy maść jest już gotowa, smarują nią te części ciała, które wcześniej rozcierały, tak że to, co sztywne z wychłodzenia staje się w końcu rozluźnione i przenikliwe. (...) Następnie w którąś pełnię księżyca wydaje im się, że są prowadzone na ucztę, z muzyką i tańcami, i że łączą się z młodymi mężczyznami, co jest tym, czego najbardziej pragną...” i tak dalej, i tak dalej.

Przesłuchanie Doroty z Siedlikowa

W Polsce refleksja nad fenomenem czarownic nie była tak wyrafinowana jak we Włoszech czy Hiszpanii. Gdy czytamy protokoły procesów o czary, by zrozumieć, skąd brały się zeznania oskarżonych, nie musimy uciekać się do wyjaśnień etnobotanicznych. Zacytuję teraz obszerne fragmenty jednego z takich protokołów. Pochodzi on z początku wieku XVII, to jest z okresu, kiedy procesy te w Polsce dopiero się zaczynały.

4 listopada 1613 roku przed sądem staje Dorota z Siedlikowa, oskarżona o to, że „Macieja Gorczycę wkoło obróciła wychodząc z izby”, grożąc mu: „opętają cię diabli, kiedy będę chciała”. Oskarżona neguje zarzuty, choć przyznaje się – z protokołu, napisanego niezbornie, z powikłaną chronologią, wynika, że raczej dobrowolnie – do znajomości pewnych praktyk magicznych: podkurzania bydła starymi botami, kropienia go wodą święconą, a także do praktykowania innych zamówień, zawsze jednak w dobrym celu („ja tylko naprawiałam”). Mówi między innymi o zakopaniu, na życzenie gospodarzy, u wrót czyjegoś obejścia garnka „trzech kąsków chleba, soli i wody”, aby się bydło chowało, a gdzie indziej „kobylą głowę w garnku nowym”, o pomocy w odnajdowaniu zagubionych przedmiotów, o godzeniu zwaśnionych małżeństw. Twierdzi, że wszystkich tych praktyk nauczyła ją nieboszczka matka, której nikt już nie zdoła spalić.

Sąd powołuje świadków. Pierwszy, Stanisław Mielcarz z Ciechlic, potwierdza zarzut „okręcenia” Maćka Gorczycy, aby „zniszczał”, a także zarzut młynarza, człowieka pana Szkulskiego, że oskarżona Dorota „popsowała piwo”. Świadek drugi, Walek karczmarz ze Szkudlic, był przy sprzeczce oskarżonej z Maćkiem Gorczycą i nawet cytuje jej słowa: „mówisz na mię, żem ci ukradła mąkę, pamiętajże że się wniwecz obrócisz”. Pomieniony Maciek, nie czekając na spełnienie się klątwy, zaprowadził Dorotę od razu do pana Szkulskiego i „kazał ją panu zamknąć”. Gorliwość pana Szkulskiego, który skwapliwie przystał na uwięzienie, rozjaśni za chwilę sama oskarżona. Jej słowa „miły panie Szkulski, dawnoś pragnął mojego zdrowia” zostały skrupulatnie odnotowane (NP 50). Sługa Szkulskiego dodatkowo obciąża Dorotę zarzutem, że się samodzielnie wydobyła z jednej z dwu kłódek, które jej nałożył.

Sąd kontynuuje gromadzenie dowodów: „Gdy przyniesiono kobylą głowę i garnek nowy z pokrywą [przy]znała się do niego i do głowy, ale nie na szkodzenie, ale na naprawienie”. Formuła tracta [pociągnięta] będzie się odtąd w protokole wielokrotnie powtarzać. „Ligata et tracta parum [skrępowana i z lekka pociągnięta] nie powiedziała nic, jeno stotała [narzekała?] na młynarkę, że ją tu wywiodła: »niech też tu będzie«”. Możemy się tylko domyślać jakiegoś, bliżej nieokreślonego związku młynarki z położeniem Barbary. To w każdym razie zapowiedź, że torturowana nie umrze samotnie, lecz pociągnie za sobą innych.

„Tracta ulterias [»pociągnięta mocniej«, woła:] dla Pana Boga, już powiem, jeno mnie popuśćcie, nie psowałam nikomu, jeno naprawiałam”. Teraz Dorota przyznaje się do „naprawiania” piwa u Szmerowej w Podlesiu i wyjawia bardzo przyzwoity tekst zamówienia: „Panny Maryjej mocą, Świętych pomocą, aby się tak źli ludzie odwrócili, a dobrzy nawrócili, w imię Ojca, i Syna, i Ducha świętego”. Uwolniona [remissa] natychmiast przestaje zeznawać, tylko powtarza, że nigdy nikomu nie szkodziła („tylko naprawiała, a nie stawała na chłopy”). Wzięta z powrotem na tortury obiecuje, że już na pewno będzie mówić, ale potem znów powtarza, że tylko „naprawiała”. Sędziowie powoli tracą cierpliwość: „Usta candelis nihil recognovit” – „przypiekana świecą nic zeznać nie chciała”.

Przy następnym pociągnięciu Dorota załamuje się jednak zupełnie: „Distenta [rozciągnięta] powiedziała, że z szatanem obcowała raz, miał członki jako i mąż albo mężczyzna, nie chciał jej się opowiadać, jako go zwano, był czarny, kosmaty. Oddała mu się z duszą i ciałem, obiecywał jej za to dać masła, pieniędzy, grzywnę albo trzy, że nie będziesz nędzę cierpiała i będziesz się miała dobrze, jeno ze mną legaj”. Nie szczędząc pikantnych szczegółów, mówi teraz o wyglądzie i formie, w jakiej był diabeł, którego teraz nazywa Kacprem, choć jeszcze przed chwilą twierdziła, że „nie chciał jej się opowiadać, jako go zwano”. Obciąża młynarkę, że bywa u niej diabeł Marcinek „i też z nią lega”. Uznając, że oskarżona zasłużyła sobie na posiłek, sąd zarządza przerwę.

Wspólniczki

„Post prandium libere non ligata recognovit [po posiłku, nieskrępowana zeznała]”... – teraz, dopiero po owym koniecznym, ale niezbędnym przygotowaniu, rozpoczyna się prawdziwe przesłuchanie. Otwiera je kolejna łacińska formuła protokolanta: „Abrasis capillis unquibus abscissis...” – po ogoleniu włosów... – w której rozpoznajemy golenie włosów w intymnych miejscach w poszukiwaniu „charakterów”, talizmanów, broniących torturowanych przed bólem. I rzeczywiście. Ogolona Barbara „zeznała, że chciała jedną białogłowę w Ciechliu, Pedlową, że jej nie chciała chleba dać, mówiąc »idź do diabła, babo«, miała ją by ta ostudzić [zaczarować] i osypać piaskiem, wziąwszy go na kierhofie [cmentarzu] na grobie” (NP 45), ale się rozmyśliła.

Potem, widocznie w obawie przed kolejną torturą, mówi już właściwie bez przerwy. Protokolant nie może za nią nadążyć: „Porwał ją ten Kasperek [diabeł, który do niej przychodził] we czwartek i zaniósł ją na kał [na bagno, błoto] i porzucił na kępie, w tej koszuli, w której siedzi teraz, mówiąc jej »siedźże tu, aż po drugą do Czermina pójdę«, ale jej nie przyniósł. Ona też tam dwie godziny pobywszy, pod którym czasem trzej diabli tam grali, jeden na gajdach, drugi na skrzypcach, a trzeci na bębenku i tańcował z nią diabełek niewielki, wołali nań: »Marcinku, tańcuj z nią«, i tańcował z nią, obracając ją wkoło godzinę, potem ją na kępę porzucił i uderzył między Lewkowem i Szczujami i Słaboszowicami, zowią to miejsce Niedźwiedzi Kał, tak wielkie ono jak to podwórze, rośnie na nim smyczka...”.

Nieoczekiwana wymowność przesłuchiwanej wzbudza widocznie zainteresowanie sędziów, skoro pytają, dlaczego tego wszystkiego nie mówiła wcześniej. Odpowiada, że „zatykał jej ten Marcinek gębę, gdy jej pierwszy raz dobrowolnie pytano i nie dał jej mówić nic ani powiadać”. W domyśle – działały „charaktery”. Przesłuchiwana opisuje dalej diabelskich muzykantów, całych w czerni, z „paszczękami kosmatymi i łbami jak psi”, Marcinka natomiast jako diabła „pod piórem” (NP 46). Czyżby był to ślad skrzydeł tego, który „porywa”, a w języku protokołu – „nosi”?

Kolejny opis sabatu poszerzony jest już o wspólniczki. Pojawiają się, niewątpliwie dla odwrócenia uwagi, nazwiska Maruszy z Chinowy, Anny z Kotłowa i wzmianka o czterech innych kobietach: „i tańcowali z nimi diabli, i dawali im pić piwa, mięsa jeść, smak był jakby psie jadł, i piwo niebarzo smaczne, stół miały czarnym czymsiś nakryty, i służyli im dwa diabełkowie do stołu. Ci wszyscy diabli u ręku mieli długie palce, u nich pazury ostre i czarne, kosmaci byli, używali z nimi, póki kur nie zapiał, a mówili im »oddajcie się nam, będziecie się przy nas dobrze miały«”.

Następnie Barbara przyznaje, że spowodowała jednak chorobę Pedlowej (wcześniej wspominała tylko o zamiarze, od którego odstąpiła). „Secundo post meridiem ligata et tracta [drugi raz po południu skrępowana i pociągnięta] powiedziała, że w Pawłówku pani Pawłowski Kosmaliny bydło popsowała kośćmi, nabrawszy ich w Droszewie świeżymi, gdy umarłego chowano z Poniatowa, nazbierawszy ich z głowy i z ręku, natłukłszy ich posypywała bydło na oborze, rozgniewawszy się na nię, iż jej od kądzieli niedobrze zapłaciła...”. „Spuszczona prosiła, by była przy niej Klimerzyna” – kolejna zadenuncjowana czarownica („psuje ludziom dość”) – a także owa młynarka, co obcuje cieleśnie z diabłem Marcinkiem.

Teraz zeznania Barbary z zaledwie fantastycznych zmieniają się w surrealistyczne: „Wlazła Klimerzyna na oborę, kotką czarną się uczyniwszy i dojeła krowy w nowy garnek, ona też we drzwiach za uliczką także kotką czarną się uczyniwszy stała, dała jej za to Klimerzyna kęsek sera, masła jej też obiecowała, ale jej nie dała, o to się na nię rozgniewała. Kiedy się kotkami czyniły, miały przy sobie czarowne ziele, którym wszystko ciało smarowały, dawali im tego ziela Kasperek i Wojciech szatani. Na tę Klimerzynę dalibóg prawdę mówi i nie ma o to sumienia, i do skonu na nię mówi...” (NP 47-48). Tu kończy się protokół przesłuchania Doroty, a zaczyna Klimerzyny.

Klimerzyna

„Gierusza Klimerzyna z Kucharek, rodem z Pawłowa Wielkiego, ojca miała Sobka, matkę Helżbietę, męża ma Klimka w Żucharkach, nie wie, dlaczego ją osadzono, bo na się nic nie czuje (...). Nie bywała z nimi na kale i na barychy, i nie słychała o tym nigdy. Nie odejmowała pańskim poddanym bydłu i pańskiemu pożytku i nie zbierała za bydłem chodząc piasku w fartuch. Młynarzowi krowie nie odjęła pożytku, nie była też we czwartków dzień z Dorotą (...) i kotką się nie czyniła”.

Strażnicy przyprowadzają Dorotę, która „to wszystko jej wymawiała jako wyży zeznała w oczy, firmissime przy tym stojąc, co na nią mówiła i prosiła, żeby też tak była jako i ona”. Klimerzynę krępują, ale na razie bez skutku: nic zeznać nie chciała (ligata nihil voluit fateri), pociągnięta (tracta) woła: „»nie była, dalibóg z nią u pani Wysocki na oborze« i »niewinna dalibóg«”. „Przypiekana świecami (usta candelis) nic nie powiedziała, jeno: »niewinnam, dalibóg«, »nic już bym nie powiedziała«. Potem milczała, nogami miotając, a trzęsąc się. Spuszczona: »nie czyniłam niczego z nią, o mój miły gospodynie, cóż ja mam czynić, nie winnam nic, jeno Panu Bogu Wszechmogącemu w Trójcy Jedynemu duszę. O mercho [wyzwisko] niegodna, wzięłaś mnie na swą duszę”.

Następuje golenie. Jego formuła wskazuje, że Klimerzynę wygolono szczególnie dokładnie: tracta abrasis crinibus et tonsis novacula uniquibusque et istis epotis. Także i w tym wypadku golenie, naruszenie najbardziej osobistego dystansu przesłuchiwanej, przynosi przełom w śledztwie. Klimerzyna jeszcze trochę zaprzecza, ale po przypalaniu świecami decyduje się mówić: „Ponieważ że mnie ona powołała, ja też powoływam młynarkę. Omywali ludzie olszyną, szantą [szałwią?], macierzanką i dziewanną chore i dzieci”. I ta denuncjacja zostaje nagrodzona.

Przesłuchiwaną spuszczają i już na siedząco z lekka tylko przypiekają świecami (remissa et iterum in terra sedens usta candellis parum), więc poprawia się ona szybko, mówiąc, że „ta Dorota z młynarką chodziły i czarowały”. Protokolant jest skrupulatny, zapisuje nawet westchnienia torturowanej: „Potem jeno mówiła: »ach, ach, ach...«” (NP 50). Gdy sędziowie wydobywają z niej przyznanie się do umiejętności przemieniania w czarną kotkę, przesłuchanie zbliża się do końca. „Sąd prawa niemieckiego, w składzie: sławny [tak tytułowano mieszczan] Laurenty Siekiera i wiejscy ławnicy w uznaniu popełnionego przestępstwa skazali obie na spalenie”.

W ostatnim słowie Dorota odwołała oskarżenie młynarki.

Część III

Judaizowanie czarownic, demonizowanie i feminizowanie Żydów

W swych strategiach wykluczania „obcych” kultura dominująca w przednowoczesnej Europie:

1. demonizuje i feminizuje Żydów, nadając im cechy „czarownic” (na tyle, na ile „czarownica” oznacza istotę, oskarżoną o pakt z diabłem i szkodzenie ludziom),

2. judaizuje czarownicę, nadając jej cechy „Żyda” (na tyle, na ile „Żyd” oznacza z grubsza to samo – istotę, oskarżoną o pakt z diabłem i szkodzenie ludziom).

Ten ułomny sposób wnioskowania jest typowy dla logiki wykluczenia. W europejskich procesach o czary i o „profanację Najświętszego Sakramentu” przez Żydów akt oskarżenia zawsze zakłada to, czego dowodzi. Czarownica zasługuje na śmierć, bo jest czarownicą – mniejsza o to, co ma z tym wspólnego konkretna podsądna – zaś Żydowi należą się baty, ponieważ jest Żydem (Żyd nie zaprzecza), czyli diabłem, „męczychrystem” z definicji.

Logika ta sobie tylko znanym sposobem potrafi upodobnić do siebie wykluczonych. Nie muszą się oni wcale znać ani nawet o sobie wiedzieć. Ponieważ istotnie mało mają styczności (jak pisze Trachtenberg, można wskazać bardzo niewiele żydowskich nazwisk wśród oskarżonych w procesach czarownic), niemiecki autor Jüdische Merckwürdigkeiten, Johann Schuldt, nie omieszkał poszukać dla tego faktu przekonującego wytłumaczenia: „Żydzi nie potrzebują sprzymierzać się ze złymi duchami za pomocą zwykłego paktu, jak inni czarownicy; ich kabalistyczne sztuczki magiczne są już w dostatecznej mierze dziełem Szatana”. Żyd jest czarownikiem z natury, archetypem czarownika, ukrytym, bliźniaczym bratem czarownicy. Powołajmy się tu na mądrość, zawartą w przysłowiach: „Żyd, Niemiec i diabeł trzeci są tej samej matki dzieci” lub „Myślał, że złapał Żyda za brodę, lecz trzymał diabła za rogi (Cała 141, 95). Pisze Kolberg: „W wyobrażeniach ludu Judasz, sprzedający Chrystusa Pana na mękę za 30 srebrników (...) jest wzorem i typem czarownika” (K 7, 102). Zamiast Kolberga wystarczy jednak zacytować Ewangelię Jana (J 8, 44), gdzie Chrystus zwraca się do Żydów wprost: „Macie diabła za ojca i chcecie wypełniać pragnienia ojca waszego”, a także Apokalipsę 2,9 i 3, 9: „mówią o sobie, że są Żydami, ale nimi nie są, lecz są »synagogą szatana«”.

Upodobnienie Żydów i czarowników dotyczy nawet szczegółów stroju. Przytaczany przez Trachtenberga węgierski kodeks z XV wieku nakazuje wszystkim pierwszy raz oskarżonym o czary nosić w miejscach publicznych „spiczasty kapelusz żydowski” – bonnet cornu, jak określają go didaskalia we francuskich misteriach, po łacinie cornutus pileus, czasem uzupełniany dzwonkami, ostrzegającymi przed zbliżaniem się żydowskiego niebezpieczeństwa. W taki właśnie kapelusz odziana jest też wiedźma, przedstawiona na osiemnastowiecznej rycinie na okładce książki Daviesa. Także łata z żółtego filcu, jaką obowiązani byli nosić na piersiach mnisi i księża skazani za czary, ściślej za magię eucharystyczną, miała ich, zdaje się, upodobnić do „synagogi szatana”. To jeden z dowodów, że upodobnienie podążało w obie strony: nie tylko od czarowników do Żydów, ale i odwrotnie.

Opierając się na badaniach historyka angielskiego Ulyssesa Roberta (który sugerował, że okrągła oznaka żydowska mogła być wręcz pomyślana jako „wyobrażenie hostii, emblematu religii chrześcijańskiej, której Żydzi nie uznawali, więc zmuszeni byli ją nosić na ubraniu, skoro nie chcieli jej wziąć do serca”), Trachtenberg pisze, że w świadomości społecznej średniowiecza skojarzenie Żyda i czarownika profanującego hostię mogło się wytworzyć nadzwyczaj łatwo i wskazuje następującą do niego drogę. Wprowadzenie stroju odróżniającego Żydów zostało postanowione przez IV Sobór Laterański (1215), ten sam, który wprowadził dogmat o transsubstancjacji, a zarzut profanowania hostii przez Żydów i czarowników rozwinął się równolegle do łaty żydowskiej. Fantazmatem umęczonego ciała Chrystusa piętnowano początkowo tylko Żydów, „męczychrystów z natury”, skoro jednak Żydzi z natury są też czarownikami, to i wszyscy czarownicy powinni zostać oskarżeni o podobne zbrodnie. Tak „judaizuje się” czarowników.

Na tym nie koniec. W wieku XV, gdy Europę ogarnęła psychoza polowań, „czarownik”, a w rezultacie karkołomnej genealogii także i Żyd, ulegli gwałtownej feminizacji. W polskim folklorze jej ślady odnajdywano jeszcze w wieku XX, co widać w powiedzonku „rabin-babin”, zanotowanym współcześnie przez Alinę Całą (Cała 145). Niemiecki tekst z wieku XV objaśniający przyczynę, dla której Żydzi tak łakną krwi, podaje, że wśród Żydów nie tylko kobiety, ale i mężczyźni mają co miesiąc menstruację, zaś „wypicie krwi chrześcijańskiej jest osobliwie przeciw temu lekarstwem”. Ta feminizacja Żydów z kolei odsyła do dwóch źródeł wierzeniowych: po pierwsze do wyobrażenia o obrzezaniu jako kastracji, po drugie zaś do żydowskiego ojca-diabła, który często ukazywany jest jako istota dwupłciowa. Z reguły wyobrażany jest on jako istota pół zwierzęca, pół ludzka, zawsze z obwisłymi kobiecymi piersiami, zadem i nogami kozła, i kończynami zakończonymi szponami. Siedzi on na tronie w otoczeniu Żydów, którzy mu kadzą.

Choć na stosie giną też czasem mężczyźni, charakterystycznym znakiem diabelskiej wspólnoty staje się teraz jej matrylinearność, w nowożytnej kulturze europejskiej obca i śmieszna. Czarownice, podobnie jak Żydzi, dziedziczą swą tożsamość po matce. Gubi to z reguły także córki palonych kobiet, współskazywane na stos bądź zmuszane do oglądania egzekucji matek. Jak wynika z odwetu po skrytobójczej śmierci inkwizytora Saragossy, Piotra Arbueza, zamordowanego przez krewnych jednej ze swych ofiar, podobnie, to jest po linii żeńskiej, wytraca się i Żydów.

Oboje, Żyd i czarownica, mają też wspólnego „totemicznego przodka”: świnię (w przypadku Żydów jest to osławiona Judensau). Jeżdżą na niej pospołu, tyle że „cioty” zwyczajnie, Żydzi zaś, jak to Żydzi, „po żydowsku” (twarzą do ogona). „Wszystko boskie naśladuje diabeł na opak – pisze Jakub Grimm – (...). I dlatego siedzi diabeł na wspak” (za: K 7, 225). Żyd jest diabłem, quod erat demonstrandum, choć wszyscy to od dawna wiedzieli. Ciekawe, że Żydówki, które – całkiem jak czarownice – mają waginę wspak, nie są przedstawiane na świni, a na koźle, innym diabelskim totemie. Czy nie ze względu na tę swoją nietypową budowę siedzą na nim bokiem, z szeroko rozstawionymi nogami?

Na autorze Czarownicy powołanej wzmianka o świni robi takie wrażenie, że w tym miejscu pozwala sobie on nawet na coś w rodzaju antyfeministycznego żartu, który dokumentuje to wczesne skojarzenie świni z kobiecością: „A zacnieysze zaś maciory, chcę rzec Matrony...” (304) i dalej rozpisuje się, jak całe to zamieszanie z czarownicami wywołane zostało wcale nie przez prześladowców, ale przez zwykłe babskie plotki: „Y to pewna iż tych teraźnieyszych plotek o czarach i czarownikach, któremi się teraz wielka–Polska barzo zaswędziła, nie kto inny, iedno niektore białogłowy iadowite, y wyuzdane gęby nasiały” (309).

Znakiem Bestii, po którym także można rozpoznać owo dwuimienne, żydowsko-czarownicze „plemię żmijowe”, jest wspólna nazwa ich największej świętości. „Sabat”, żydowska sobota, od wczesnego średniowiecza staje się przezwiskiem dla orgii wyprawianej przez czarownice na Łysej Górze, przezwiskiem zrozumiałym zresztą do dziś. Niektórzy ze średniowiecznych znawców podobno wykryli, że ów sabat czarownic wywodzi się z Talmudu, toteż zaczęto go określać mianem „synagogi”. To kolejne ślady „judaizacji” czarownic.

„Synagoga czarownic”, „synagoga czarowników”, „żydowski inkluz” – wszystkie te zbitki ukazują przymusowe sąsiedztwo starozakonnych i kobiet oskarżanych o czary. Synagogę czarowników ludowa wyobraźnia wyposaża w ropuchę i kota, ukryte na „ołtarzu”. Typowy skład trucizny żydowskiej, „głowy żmij, łapy ropusze i włosy kobiece”, jest identyczny z ingrediencjami mikstur sporządzanych przez czarownice. W Czarownicy powołanej Żydów piętnuje się kilkakrotnie, na zmianę z czarownicami, jako trucicieli: „Czytaycie Historie iako między innemi zbrodniami żydowskiemi cisz śmierdziuchowie jako główni a sprzysięgli nieprzyiaciele Chrześciańscy, będąc zawsze pełni czarów i zabobonów, bez bojaźni; w Niemieckiey iedney stronie wszystkie wody potruli byli, oprócz pewnych miesc gdzie sami czerpali wodę, za którą trucizną wszędzie ludzie Chrześciańscy iako snopie padali umieraiąc, do czego się samisz na mękach przyznali, za co z Niemiec wyświęceni i niektórzy srogo pokarani” (293). I znow Kolberg: „jeden chrześcijanin (...) zabić się sam umyślił (...) i prosił czarnoksiężnika jednego Żyda, aby dał mu truciznę” (za Skargą, K 15, 263).

Identyczne są „zbrodnie główne” czarownic i Żydów. Pierwsza to pastwienie się nad hostią, nad wizerunkami maryjnymi (niekiedy zdarza się to w chlewie – Kar 215 – i innych „miejscach nieuczciwych”, czasem na przykład obraz święty wrzucany jest do latryny – Lor 108), drugą porywanie dzieci, tyle że u Żydów są one przeznaczane „na macę”, u czarownic zaś „na maść” (wydaje się nieraz, jakby sam język zmierzał tu do ich upodobnienia...). Także techniki mordu są u obojga podobne. Czarownica powołana informuje, że najzdradliwsze czarownice znaleźć można wśród babek położnych, które „się obieraią i ofiaruią na ratunek rodzącym, y choć na czas wiernie im posłużą dla kreditu lepszego, iednak za okazyą inne dziatki i dusze ich przed przyięciem krztu ś. morduią. Jako i żydzi lekarze usługuiąc chorym Chrześcianom, na czas-ci wprawdzie dogodzą, ale upatrzywszy okazyą na drugie wiernie czynią dosyć nauce i przykazaniu Talmuckiemu wyraźnemu. Choć się tego oni prą” (296) – dodaje pojednawczo autor. Już wcześniej wspominał on mimochodem o „iednym żydzie z Poznania co iuż zdechł”, który przy okazji puszczania krwi, „uczynił iedne ceremonie pewne słowa mamrocąc, a zatym się tylo dotknął puszczadłem otworu żyły, za razem krew skoczyła” (289).

Następnie autor przechodzi do krwawych szczegółów. Za Młotem na czarownice powtarza, że w diecezji bazylejskiej i strasburskiej „dwie czarownice takie zpalono, przeto iż iedna z nich czterdzieści, a druga bez liczby dziatek, gdy na świat wychodziły, nieochrzczonych, pomordowały, wpychaiąc wielkie szpilki w główki ich”. Wystarczy jeden rzut oka na klasyczną antyżydowską rycinę Judensau, żeby zrozumieć, u kogo się te babki czarownice uczyły mordować dziatki szpilkami.

Po tym jak czytamy u Kolberga, że Żydowi nie szkodzi pobudować się na uroczysku, „bo wny [oni] (żydy) gitczi (diabelscy)” (K 31, 65 i 83), bez zdziwienia przyjmiemy zeznanie, że czarownice tańczyły na „żydowskich grobach”. Po opowieściach o żydowskim „złym oku” nie dziwi uroczne spojrzenie czarownic. Po opisach kłucia hostii, porywania dzieci na żydowską macę czy zatruwania studni także ze strony „ciot” i „mądrych” oczekiwać można podobnych wyczynów: wyciskania krwi z nie połkniętych komunikantów, sprowadzania gradu, odwracania urodzaju czy „guślarowania” (odbierania krowom mleka). Nie budzi też zdziwienia, że Żydzi podobnie jak czarownice mają upodobanie do ludożerstwa, sodomii i kazirodztwa, zdolność wywoływania zarazy, utrzymywania się na wodzie podczas pławienia, a także – była już o tym mowa w części II – dowolnego zmieniania postaci i zamieniania się w koty. Jak widzieliśmy w części II, czarownica nachodzi niekiedy człowieka jako strzyga. Wiara w takie strzygi nie wygasła do dziś (z jakim znawstwem pisał o nich Gustaw Herling-Grudziński!), podobnie zresztą jak wiara w wampiryzm Żydów, wysysających po nocy krew z zatrudnionych u nich chrześcijańskich dziewcząt.

Wymienność Żyda na czarownicę utrzymuje się do czasów współczesnych. Czarownica nie może umrzeć, dopóki nie przekaże komuś swej mocy przez podanie ręki. Skojarzeniem z czarownicami objaśnia Alina Cała częsty w polskim folklorze przekaz o trudnym umieraniu Żydów (Cała 100-101) mających przed śmiercią „wołać chrztu”. Przytoczone wcześniej przysłowie: „Żyd, Niemiec i diabeł trzeci są tej samej matki dzieci” stanowi lustrzane odbicie innego: „Baba, żaba, kaduk trzeci to rodzone dzieci”.

Jeśli zamiennikiem tajemniczego śródpostnego „rzezania baby” (babu rezati) bywał obyczaj „rżnięcia Żyda” (K 32, 320), tak samo wiosenne topienie Marzanny współwystępowało z wieszaniem i paleniem „Judasza”, obyczajem, który gdzieniegdzie praktykowany był jeszcze w czasie ostatniej wojny. Ów Judasz była to kukła, którą w okresie Wielkiego Tygodnia chrześcijańscy sąsiedzi wieszali gdzieś wysoko przy żydowskim domu. Judasza gospodarze musieli „wykupić”, po czym, przy wtórze okrzyków „zdrada!, jak ty potrafiłeś bić, to my ciebie”, zostawał w końcu spalony. Niekiedy „wisiał długo, bo nie chcieli zapłacić, biedni byli”. „Ale – dodaje uspokajająco inny polski rozmówca – „to wszystko nie było tak na tle religijnym, tylko

#3 Jul

Jul

    Infrańczyk

  • Użytkownicy
  • PipPipPip
  • 109 postów
  • GG: 3864152

Napisano 30 sierpień 2008 - 12:47

Pierwsza część tekstu bardzo ciekawa, drugiej części jeszcze nie czytałem. W bodajże czerwcowym numerze "Nieznanego Świata" jest relacja z włoskiego seansu mediumicznego, gdzie wywołano duszę będącą w poprzednim wcieleniu Himmlerem. Z rozmowy z tym bytem okazuje się, że dusza ta ma w sobie duży potencjał, ale była długo źle ukierunkowana. Co ciekawe, podobno większość dusz nazistów odradza się... w Palestynie, gdzie doznają prześladowań z rąk Izraelczyków.

#4 Guest_Nefryt_*

Guest_Nefryt_*
  • Goście

Napisano 30 sierpień 2008 - 12:55

No początek witam na NPN ;) Baw się dobrze :)

Co ciekawe, podobno większość dusz nazistów odradza się... w Palestynie, gdzie doznają prześladowań z rąk Izraelczyków.

Skąd masz te informacje?

#5 Jul

Jul

    Infrańczyk

  • Użytkownicy
  • PipPipPip
  • 109 postów
  • GG: 3864152

Napisano 30 sierpień 2008 - 13:06

Dziękuję za powitanie :)

Z majowego albo czerwcowego numeru "Nieznanego Świata", niestety nie mogę dokładnie na razie sprawdzić, bo komuś pożyczyłem, a w internetowym archiwum jeszcze nie ma tych numerów. W każdym razie polecam tę relację - są tam też pytania o Hitlera. Byt, podający się za Himmlera, mówi, że dusza Adolfa była bardzo zmanipulowana i kierowana przez różne, negatywne siły.

#6 Guest_Nefryt_*

Guest_Nefryt_*
  • Goście

Napisano 30 sierpień 2008 - 13:11

No właśnie byłam ciekawa źródła tych rewelacji. Poszukamy czegoś na ten temat w sieci. :)

#7 Lazy

Lazy

    TYLKO CZASEM

  • Użytkownicy
  • PipPipPipPipPipPipPipPipPipPip
  • 1984 postów
  • GG: 663186

Napisano 30 sierpień 2008 - 20:55

Jul zapewne chodziło Ci o to:
IL GIORNALE DEI MISTERI
Spowiedź Himmlera
Mediumiczne koło „Złoty Krąg" wchodzi przypadkowo w kontakt z nazistowskim przywódcą i otrzymuje od niego przekaz
Chcielibyśmy poruszyć pewną delikatną sprawę. Chodzi o zdarzenie, jakie miało miejsce w „Złotym Kręgu", kanale, które­go narzędziem (medium) jest Emmaus... Wielokrotnie pojawił się tam byt, który w czasie swej ostatniej inkarnacji znany był jako Heinrich Himmler, hitlerowski przywódca stojący od 1929 roku na czele SS, a od 1936 szef niemieckich policji. Od tej ostatniej daty zajmował się organiza­cją wszystkich obozów koncentracyjnych i obozów zagłady podczas II wojny świa­towej. Po zakończeniu wojny, aresztowany przez Anglików - jak wielu innych, wyso­kich rangą hitlerowskich przywódców -popełnił samobójstwo przez otrucie.
Imperatorowi — duchowi opiekuńczemu grupy „Złoty Krąg" zadano pytanie, dla­czego taka postać, nie będąca bez wątpie­nia świetlistym bytem, otrzymała pozwole­nie na zjawienie się. Odpowiedź brzmiała: - Dla nauki. Z pewnością dla słuchającego tego, co sądzi o swym życiu ów bardzo okrutny człowiek, jest to nauka. Poświę­cenie uwagi refleksjom, które pozwoliły mu na intuicyjne wyczucie trudnej korekty, jakiej Prawo podda jego następne egzy­stencje, stanowi dla nas równie mocne po­uczenie. (...)
Poniżej prezentujemy wierny i dosłow­ny, włącznie z lingwistycznymi błędami, zapis z listopada 2004 r. dotyczący pierw­szego pojawienia się bytu Heinricha Himmlera w „Złotym Kręgu".
Medium (odbierające przekaz) ciężko dy­szy i skarży się, stoi przesuwa się. Medium kaszle
Zloty Krąg: Dobry wieczór
Byt: Miałem trudności z wejściem. Sta­ram się znaleźć akcent, który będzie dla was zrozumiały. Moja ostatnia inkarnacja miała miejsce w tym kraju? Nie! (wyma­wia te słowa z trudem).
Moje przybycie tutaj jest znaczące, gdyż jest to bardzo bolesna historia. Staram się używać neutralnego tonu, bo nie mówię do­brze waszym językiem. Interesowałem się bardzo okultyzmem, a nawet miałem moż­liwość się nim zajmować na najwyższym szczeblu dzięki moim szczególnym przywi­lejom społecznym. Odczuwałem wielki ból
po śmierci, ponieważ poszedłem złą dro­gą la, która nazywa się drogą lewej ręki. Dlatego w pewnym sensie zdradziłem ot­rzymane od Najwyższego dary. Odpo­wiadam za śmierć milionów ludzi. Nie­stety nie mogłem postępować inaczej. Niosę doświadczenie mojego ducha, który znał naukę, ale użył jej w zły sposób, zu­pełnie błędnie.
Chcesz zadać pytania?
Złoty Krąg: Czy możesz powiedzieć kim byłeś?
Byt: W czasie mojej ostatniej inkarna­cji nazywałem się Heinrich Himmler.
Złoty Krąg: Czy bardzo cierpisz?
Byt: Bardzo. Przychodzę na waszą zie­mią po raz drugi.
Złoty Krąg: Kiedy zjawiłeś się po raz pierwszy?
Byt: W1947 roku w Norymberdze.
Zloty Krąg: U kogo?
Byt: Na mediumicznym spotkaniu w ży­dowskiej rodzinie.
Złoty Krąg: Jakiemu typowi ezoteryzmu się poświęciłeś?
Byt: Całe swoje życie studiowałem ezoterykę i wschodnie tradycje. Studiowałem hinduizm, Bhagavad-Gitę, nauki wszyst­kich hinduskich i tybetańskich mistrzów,
skąd pełnymi garściami czerpałem z olb­rzymiej kultury tego kontynentu i, mimo iż znałem nauki miłości i światła, prze­istoczyłem się w ich przeciwieństwo. Teraz przychodzę dać świadectwo bied­nego wykorzystania, jakie można odnieść do całej tajemnej wiedzy; tak, w sposób całkowicie biedny.
Złoty Krąg: Co powiedziałeś, kiedy zjawiłeś się w tej żydowskiej grupie?
Byt: Zostałem natychmiast przyciąg­nięty z najniższych rejonów piekieł, w któ­rych znajdowałem się od chwili mojej śmierci, i dotarłem do tej biednej rodziny, która została zmasakrowana przez ha­niebne i bezlitosne działania moich żoł­nierzy. Dlatego był to pierwszy moment opamiętania się w ich bólu i w tym zna­lazłem skruchę.
Zloty Krąg: Czy możesz powiedzieć coś więcej na temat swoich doświad­czeń?
Byt: Moje doświadczenie posłużyło do skompletowania innych wcześniejszych doświadczeń. Musiałem iść tą drogą, gdyż już wcześniej interesowałem się okultyzmem i praktyką wtajemniczenia. Działo się tak w czasie moich ostatnich czterech inkarnacji, byłem też różokrzyżowcem. W czasie mej ostatniej inkarna­cji miałem niestety władzę oraz możli­wość oddziaływania na świat i użyłem ich w błędny sposób. Byłem zaślepiony władzą i drogą mojej lewej ręki. Wszyscy ją mieliśmy, również Rudolf pilnie śledził naszą naukę, stając się katalizatorem co­rocznych spotkań do momentu, kiedy wy­jechał do Szkocji. Sam fuhrer był pierw­szym organizatorem błędnie interpreto­wanych nauk ezoterycznych. Mimo to był dla nas wszystkich użyteczny, gdyż w cza­sie poprzedzających inkarnacji razem przygotowaliśmy ostatnią.
Złoty Krąg: Wspominałeś o Rudolfie.
0 kogo chodzi?
Byt: O Rudolfa Hessa. Był moim ezo­terycznym bratem. Jego historia, tak jak moja, wiąże się z Thule Gesellschaft, nie­mieckim towarzystwem tajemnym, które powstało na początku wieku. Thule Gesellschaft to był kocioł, przedsionek poprzedzający powstanie narodowosocjalistycznej partii niemieckich aktywi­stów. Jej podstawę stanowiło ezoteryczne wtajemniczenie odnoszące się do teutońskich rycerzy (Krzyżaków), do różokrzyżowców i do wszystkich teorii alchemicz­nych i dotyczących transformacji czło­wieka. Niestety, teoria ras nie została przez nas prawidłowo zinterpretowana
1 zamiast pojęcia ras duchowych wpro­wadziliśmy rasy fizyczne, czyniąc znak równości pomiędzy rasą fizyczną a rasą duchową. W Żydach ujrzeliśmy ostatnią,
zdegenerowaną rasę, którą należało zlikwi­dować, aby nowa mogła powstać i zatrium­fować. W pewien sposób dokonaliśmy ne­gatywnej manipulacji na koncepcjach teo-zoficznych i antropozoficznych, którymi tak fascynowaliśmy się w młodości.
Na początku wszystko było upajającą przygodą ducha. Badania nad teozoftą za­jęty mi trzy lata. Przeczytałem na ten te­mat wszystkie publikacje książkowe i cza­sopisma, pochłonęły mnie one całkowicie. Właśnie stamtąd przyszła do nas idea swastyki, oryginał swastyki jest symbolem teozoficznym. Kiedy pokazaliśmy ją fuhrerowi, kazał ją odwrócić, aby stalą się sym­bolem antywtajemniczenia i w pewnym sensie negatywnej interpretacji tego sym­bolu szczęścia, jakim była w teozoficznym oryginale. Przestawiliśmy więc kierunek jej ramion i oznaczało to pójście drogą le­wej ręki w poznaniu wtajemniczenia.
Wykonywaliśmy rytuały czarnej magii w zamkach leżących w jodłowych pusz­czach i w sercu rodzinnego kraju — Nie­miec. Mogą być one wykorzystywane do tej fenomenologii w dalszym ciągu, ze względu na olbrzymie zasoby energii ist­niejącej w tych czystych nieskażonych la­sach, będących siedzibą niewyobrażalnych myślokształtów. Również samo powstanie partii narodowosocjalistycznej powinno być widziane jako dzieło magii. Zapłaciliś­my za nią poświęcając miliony istnień ludzkich i zmieniając bieg historii. Był to prawdziwy akt politycznej magii, jeśli mo­żemy tak to określić, prowadzony przez wielkie medium, którym był nasz fuhrer (...).
Złoty Krąg: Hitler był więc medium?
Byt: Był wielkim medium, zdolnym wy­woływać fizyczne efekty. Aby doprowadzić do zwycięstwa nazizmu, dokonywał on prawdziwych aktów magii. Składał ofiary z ludzi, używał czarnej magii, odkopywał zwłoki własnych krewnych i wymusił bieg
zdarzeń, wprawiając w ruch olbrzymie karmiczne przyczyny. Osiągnął jednak swój cel przede wszystkim dlatego, że karma Żydów musiała dokonać się, a by­ła ona też karmą Europy. Byliśmy jedynie narzędziami toczących się zdarzeń. Mimo to wierzyłem w w to, co robiłem i zostało mi to w pewnym sensie uznane.
Złoty Krąg: Przez kogo?
Byt: Wieczne prawo rządzące Wszech­światem. Mimo iż w sposób negatywny, działałem jednak w dobrej wierze. Nie uczyniłem nic, aby uzyskać przywileje, ka­rierę czy władzę, ale wierzyłem w Niemcy (...). Wszystko inne przyszło samo. Nie mogło być inaczej. Jestem narzędziem rozwoju wypadków. Dopiero później zro­zumiałem, co zrobiłem.
Złoty Krąg: Przewidujesz, jaka będzie twoja następna inkarnacja?
Byt: Będę musiał przejść straszne pró­by, poprzez które będę musiał spłacić niezmierzony karmiczny dług, jaki sam zaciągnąłem, aż do jego całkowitego wy­czerpania się. Wybrałem tę drogę, która różni się trochę od zwykłej, ale i ja rów­nież zobaczę światło, tak jak je ujrzałem przez krótką chwilę tego zimnego poran­ku w 1947 roku, kiedy z miejsca całko­wicie zasłanego mgłami, w którym się znajdowałem, zostałem przyciągnięty przez współczucie i mieszane uczucia despe­racji oraz skruchy do rodziny, którą cał­kowicie zniszczyłem, jeśli nie sam bez­pośrednio, to poprzez S.S.
Złoty Krąg: Jak cię przyjęli?
Byt: To nie do uwierzenia, ale przyjęli mnie pozytywnie i to powiększyło jeszcze moją desperację i poczucie winy.
Lepiej byłoby, gdyby mnie wygnali. Miłość ofia­rowana w zamian za nienawiść jest zbyt ciężka do zniesienia. Zobaczyłem życie i śmierć ludzi, których pomordowaliśmy i ponownie przeżyłem ich śmierć w komo­rach gazowych. To było straszne. Po kolei przezywałem wszystkie sceny rozdziele­nia, bólu, płaczu, żalu, utraty młodego jeszcze życia, które dopiero się rodziło. Ludzi starych i chorych, zabijanych bez litości. Był to moment straszliwego oczysz­czenia i początek nowej drogi.
Zloty Krąg: Czy całe to zło było zwią­zane z „ewolucyjną średnią" niemieckie­go narodu?
Byt: Tak. Byliśmy tylko konkretnym, zrealizowanym w polityce, przejawem te­go, co naród odczuwał. W pewnym sensie staliśmy się całkowicie reprezentantami niemieckiego ludu.
Cały niemiecki naród w tym uczestniczył. Doświadczenie nazi­zmu nie było doświadczeniem kilku osób żądnych władzy i chorych umysłowo, szu­kających chwały i potęgi. Było ono zesta­wieniem (zapewne chodzi o słowo podsu­mowanie - przyp. JVS) wieków doświad­czeń i odczuć całych Niemiec i dlatego wszyscy byli w nie zamieszani.
Złoty Krąg: Czy teraz odczuwanie na­rodu niemieckiego bardzo się zmieniło?
Byt: Po tym przeżywanym przez wszy­stkich oczyszczającym doświadczeniu na­stąpił wielki cywilizacyjny i uwrażliwia­jący skok. Ale było to coś, przez co mu­sieliśmy przejść, doświadczenie, które skumulowało się w czasie. Przeżycie nie-wiarogodne i straszne zarazem, gdyż doty­czyło indywidualnych odczuć zamiesza­nych w nie osób, jak i całości odczuwania przez naród, gdyż na poziomie narodów wszyscy tworzący je ludzie uczestniczą w jego odczuwaniu. Dlatego możemy po­wiedzieć, że istnieje „odczuwanie Nie­miec", „odczuwanie Włoch", „odczuwa­nie Francji" i innych krajów, które jest jedynie arytmetyczną i sprawiedliwą śred­nią odczuwania wszystkich wchodzących w skład tego narodu. Dlatego każda repre­zentacja polityczna może znaleźć uspra­wiedliwienie w byciu matematyczną sumą odczuć ludzi żyjących w danym narodzie, a Adolf Hitler nie był bardziej winien, niż cały niemiecki naród, który sobą wyrażał. Był tylko jego sumą i w pewnym sensie syntezą. Prócz tego żył w głębokiej ducho­wości - niestety głęboko negatywnej.
Zloty Krąg: Ty również potwierdzasz matematyczną strukturę rzeczywistości, o której mówią Przewodnicy?
Byt: Oczywiście, jest to bowiem naj­bardziej perfekcyjna i zgodna z istnieją­cych form. Hierarchiczna struktura w for­mie stożka, wszystko misternie splecione, przedstawiające w nieodwołalny, mate­matyczny sposób przebieg cienkiej nici egzystencji.
Zloty Krąg: Z posiadanych przeze mnie informacji wynika, że miałeś dobre rodzinne stosunki. Czy nadal utrzymujesz kontakt ze swoją rodziną?
Byt: Nie, mówiąc w cudzysłowie nie słyszałem ani nie widziałem nikogo. By­łem odizolowany na olbrzymiej, ciemnej lodowatej równinie, pokrytej czerwonawą mgłą, nie pozwalającą ani przez chwilę niczego dojrzeć. Poczucie desperacji, przerażenia, strachu, zimno, deszcz, za­marzanie, wilgoć, niemożliwość ujrzenia słońca, odizolowanie, straszne odczucia odpowiadające temu, co religie określają mianem pieklą.
Naszym piekłem jest przebywanie z da­la od Boga, brak światła i poczucie winy, wyrzuty sumienia z powodu tego, co uczy­niliśmy i straszna świadomość, że nic już nie możemy zmienić, jeśli chodzi o popeł­nione zło i wymordowanie milionów żyją­cych istot. Gdybyś wiedział, jak bolesną jest świadomość pozbawienia życia choć­by jednej tylko istoty, nawet jeśli zdarzy się to przypadkowo... Wyobraź sobie, że jesteś odpowiedzialny za śmierć pięciu czy sześciu milionów, zabitych z całą świadomością w imię źle pojętego ideału. W kilka godzin, ze szczytów władzy i hoł­dów oddawanych przez cały naród, ucie­kasz w przebraniu, aby nie być rozpozna­nym, błąkając się po własnym kraju. W ciągu kilku godzin przeszedłem po zło­tych stopniach, które wyniosły mnie na szczyt władzy i spadłem z hukiem na twar­dą i gorzką ziemię, całkowicie bezbronny.
Zacząłem wówczas rozumieć, że wojna, jeśli patrzy się na nią z dołu, jest czymś zupełnie innym. Niewiele czasu, jaki spę­dziłem uciekając, pozwoliło mi przeżyć wszystkie cierpienia i trudności, z jakimi borykał się mój naród, a których pozosta­jąc w uprzywilejowanej pozycji nie rozu­miałem. Cierpiałem głód, chłód, nie mia­łem możliwości odpocząć, nie mogłem zna­leźć sobie bezpiecznego miejsca. Insekty, niewygody, dziurawe buty, wszystko to w cią­gu kilku dni, bez możliwości ujawnienia
swej tożsamości, po ostatnim szaleńczym i strasznym usiłowaniu wytyczenia losów ty­siącletniego niemieckiego imperium.
Złoty Krąg: Jak wyglądała twoja śmierć?
Byt: Moja śmierć stanowiła konsek­wencję faktu, że nie chciałem, aby wzięto mnie żywcem. Dlatego popełniłem samo­bójstwo, dodając do już istniejących na­stępną desperację i ból. Lepiej bowiem by­łoby, abym dał się złapać, a nawet zabić, co stanowiłoby sprawiedliwą zapłatę za popełnione przeze mnie zbrodnie. Tym­czasem dokonałem kolejnej na sobie sa­mym.
Zloty Krąg: Co możemy dla ciebie uczynić?
Byt: Nic więcej ponad to, co już uczyni­liście. Dzisiejszego wieczoru, po upływie wielu lat, dzięki temu narzędziu (chodzi o medium - przyp. tłumacza) i je­go ogromnej sile - mogę wreszcie mówić, gdyż skanalizowało ono moją energię.
Zloty Krąg: Czy miałeś trudności, by przemówić przez medium?
Byt: Bardzo liczne, bo działo się to do­piero drugi raz i nie potrafiłem kontrolować jego strun głosowych, wywołując u niego kaszel. Chciałbym jednak, aby moja obec­ność stanowiła ostrzeżenie dla osób zajmu­jących się okultyzmem. Bardzo łatwo jest zboczyć z prawidłowej drogi. Zrobił to Kościół w czasach Inkwizycji, zrobiliśmy to my, niemieccy ezoterycy w trakcie trwania narodowego socjalizmu. Czuwajcie, aby nie powtórzyło się nic podobnego.
Zloty Krąg: Jak może temu przeciw­działać tak mała grupa, jak nasza?
Byt: Możecie uczynić dużo, wpływając na ludzi, którzy znajdują się wokół was. Przykładem, słowami i ideą. Starajcie się
oddalić od siebie wszelkie negatywy i każ­dy nadmierny wysiłek służący osiągnięciu władzy dla niej samej. Bądźcie zawsze przejrzyści i z jasnym umysłem szukajcie prawdy. Nie odwracajcie się plecami do słońca, nie dajcie się przyciągnąć ciem­ności. Idźcie zawsze za błyszczącą gwiaz­dą, nie pozwólcie się oszukać dwuznacz­ności nocy, lecz podążajcie wyłącznie za wschodzącym słońcem, w różowym świ­cie jasnego dnia. Nie pozwólcie, aby wzburzone morze miało wpływ na waszą egzystencję, poruszajcie się wśród łagod­nych fal spokojnych wód... Porzućcie ocean i zajmijcie się spokojnym jeziorem na brzegu waszej duszy.
Łatwo bowiem jest spaść na drugą stronę. Jesteśmy jak róża, która stanowi symbol waszego kręgu. W połowie złota, w połowie czarna. Wybierzcie odpowied­nią drogę, porzućcie ciemną stronę. Nie ma wielkich różnic pomiędzy tymi,, któ­rzy poszli złą drogą, a tymi, którzy wy­brali drogę prawidłową. Jedni i drudzy wiedzieli o istnieniu drogi i to sprawiło, że znaleźli się na innym poziomie, niż nie posiadające tej świadomości masy. Wpewnym sensie zostanie to uznane. Mimo iż odszukaliśmy drogę, obraliśmy na niej zły kierunek.
Złoty Krąg: Czy po śmierci zetknąłeś się z Hitlerem?
Byt: Byt, który podczas swej ostatniej inkarnacji był Adolfem Hitlerem, odpokutowuje teraz za swoje winy. Tak, mia­łem z nim kontakty, ale nie myśl, że sąd nad nim będzie tak negatywny jak przyj­mujesz.
Złoty Krąg: Czy tak jak ty, odczuwa skruchę?
Byt: Zaczął pojmować swój błąd. Musisz jednak zrozumieć, że był on i pozostał okultystą i że w związku z tym wszedł na drogę wtajemniczenia, mimo iż tak jak ja, poszedł złą ścieżką. Ponadto z pewnością stanowił jednostkę ponadprzeciętną.
Zloty Krąg: Jest on jednak najbar­dziej obarczony odpowiedzialnością, po­nieważ był medium.
Byt: Tak, jeśli zechciałby, byłby me­dium służącym dobru. Miał wizje i uzy­skiwał bardzo rzadkie fenomeny. Osoby wokół niego wiedziały o tym od zawsze.
Zloty Krąg: Dlaczego do historii nie przeniknęły tego rodzaju wiadomości?
Byt: Przeniknęły. Mówiono o tym, ale półgłosem, gdyż wydawało się to zbyt nieprawdopodobne.
Zloty Krąg: Do jakiego okresu wyko­rzystywał swoje właściwości mediumiczne?
Byt: Do 1943 roku. Stara! się przewidzieć wynik wojny.
Złoty Krąg: Udało mu się?
Byt: Wiedział, jak wszy­stko się skończy, gdyż zostało mu to przekazane bez jakich­kolwiek wątpliwości.
Zloty Krąg: l rozczarowa­ny porzucił swój dar?
Byt; Wiedział, że jego prze­znaczenie dokonało się. Nie mógł nic uczynić ani dla sie­bie samego ani dla Niemiec. Wiedział, że umrze śmiercią samobójcy.
Złoty Krąg. Czy on również, tak jak ty, mógł zadecydować, że nie popełni sa­mobójstwa?
Byt: Zdarzenia z jego punktu widzenia biegły tylko w jednym kierunku. Obrana droga prowadziła do jednego celu.
Zloty Krąg: Czy pojawisz się u nas jeszcze?
Byt: Nie mogę tego wiedzieć. Możliwość zamanifestowania się była dla mnie bar­dzo cenna. Jednak dłuższa obecność mo­głaby wywołać u niektórych wzburzenie i dlatego nie wiem, czy będę mógł to uczy­nić w przyszłości. (...)
Pierwszym promykiem światła okazało się wezwanie, zainicjowane przez moje ofiary kilka lat po moim zgonie. Jeśli bym chciał, mógłbym napisać ponownie historię, dyktując mnóstwo szczegółów i stronice te okazałyby się prawdziwe. Mówię o historii Niemiec, jak i mojej partii, Europy i wojny.
Złoty Krąg: Czy różniłaby się ona od tej, którą znamy z podręczników?
Byt: Byłaby bardziej szczegółowa i wcią­gająca, gdyż sam ją przeżywałem. Tłumy,
miliony osób w Norym­berdze, które oklaskiwały fuhrera, olbrzymie ducho­we napięcie, jakie skon­kretyzowało się w tym, co nauczyłem się określać jako „myślokształty ", które są tam nadal obecne. Jeśli pojechałbyś do Niemiec, poczułbyś te olb­rzymie formy myślowe, zarówno w No­rymberdze, jak i w Monachium — o wiele bardziej niż w Berlinie. Tam wszystko się narodziło i tam są jeszcze obecne ogromne energie. Ja sam czuję się przyciągany do tych miejsc i widzę w nich tłumy turystów.
Marten Platz pełen ludzi, Rosjanie, którzy byli naszymi wrogami, Amerykanie, Włosi, Japończycy... W naszych Niemczech są dziś obecne wszystkie narodowości.
Chcę powiedzieć oficjalnie, że olbrzymie skupiska ludzi i duchów, takie, jakimi były nasze spotkania w Norymberdze, wytworzyły przepływ energii, którego nie da się wyja­śnić, o ile się go samemu nie doświadczyło. Najbardziej dziwi mnie fakt przejścia od naj­większej chwały do bycia poszukiwanym i znalezienia się poza nawiasem na własnej ziemi. To był ogromny skok, tak jak rzucenie się z największego wodospadu i w kilka se­kund przeobrażenie się w więźnia wśród uwięzionych, głodnego wśród zagłodzonych. Ja, który w Niemczech rządziłem... Tak, to było niewiarogodne doświadczenie.
Zloty Krąg: Jak to się stało, że znalazłeś się tak blisko Hitlera? Czy on cię wybrał?
Byt: Stało się to z powodów, które wy­mieniłem: okultyzm, ezoteryzm. Ja, Rudoolf i Adolf Hitler tworzyliśmy nierozerwalną trójcę. Zostało mi powierzone zadanie utworzenia SS, które używały wszelkich środków, aby osiągnąć cele, które sobie na­rzuciliśmy. W pięciu wielkich doświadczeniach poszukiwaliśmy „ włóczni Longinusa ", Graala, tajemnic Tybetu. (...)
Złoty Krąg: W jaki sposób rekrutowali­ście innych przywódców?
Byt: Osoby znajdujące się w pobliżu Hitlera były angażowane drogą ezoterycz­ną, inni w zależności od ich zdolności.
Złoty Krąg: Na przykład Rommel?
Byt; Rommel nie miał nic wspólnego z ezoteryzmem, był dobrym żołnierzem, to wszystko. Natomiast elity naszej partii rekru­towały się z towarzystwa Thule Geselbchaft.
Zloty Krąg: Czy również Goebbets był okultystą?
Byt: Goebbels średnio interesował się okultyzmem, natomiast przejawiał żywe zainteresowanie astrologią. Dotyczyło to również żony. Jednak prawdziwym moto­rem napadowym był Rudolf Hess. Prze­prowadził głębokie studia wtajemniczenia w magię egipską, gdyż urodził się w Alek­sandrii w Egipcie i spędził tam lata swej młodości. Wydawał się całkowicie prze­siąknięty wschodnimi doświadczeniom ezoterycznymi, kultem Izydy i misteriami. Całą tę wiedzę przywiózł do Niemiec po swoim powrocie do kraju z rodziną. Ja sam czytałem wszystko, co miało związek z okul­tyzmem. Po pierwszej wojnie światowej doskonałe odnalazłem się w ideałach to­warzystwa Thule Gesellschaft, gdzie stu­diowano magię, ezoteryzm i okultyzm. Jednak stawało się coraz bardziej jasne, że brała tam górę kwestia rasowa i rasistow­ska, co wynikało z faktu, że źle zinterpreto­wano teozoficzne teorie odnoszące się do ras. Ludzie dzierżący ster władzy widzieli w nich narzędzie mające posłużyć realiza­cji własnych dążeń i mogące jednocześnie interpretować wolę narodu niechętnie na­stawionego do cudzoziemców w ogóle, a do Żydów w szczególności (...).
Zloty Krąg: Czy wiesz, kiedy będziesz mógł się ponownie reinkarnować?
Byt: Tak, za 14 lat. Widzę to i wiem dość dokładnie, jakie będzie moje przeznaczenie.
Złoty Krąg: Czy możesz o tym powie­dzieć?
Byt: Tak. Ogólnie rzec biorąc, tak jak decyduje karma, będę reinkarnował na zie­mi moich ofiar, czyli w Palestynie.
Zloty Krąg: Jak będzie wyglądało twoje życie?
Byt: Rozpocznę spłacanie mego karmicznego długu, rodząc się z wieloma fi­zycznymi defektami. Mimo to zostanę poddany przemocy, jaką musiały znosić moje poprzednie ofiary.
Zloty Krąg: Wnioskujemy z tego, że historia przemocy w Palestynie i Izraelu na razie się nie skończy?
Byt: Nie. Weź również pod uwagę, że 90 procent Palestyńczyków stanowiło część narodu niemieckiego - tę, która zginęła podczas ostatniej wojny. (??? - tak w za­pisie przekazu - przyp. red.).
Zloty Krąg: Dlaczego inne Kanały mówią że okres upływający pomiędzy inkarnacjami jest bardzo długi?
Byt: W przypadku Niemiec miał miejsce masowy fenomen i dlatego inkarnowaliśmy się po upływie 50 czy 60 lat. Już same wydarzenia na ziemi przyciągnęły byty. Szczególny moment historyczny, jaki prze­chodzi Ziemia, jest bardzo przychylny dla rozwoju karmy rasowej i dlatego ponowne narodziny są prawie natychmiastowe.
Z te­go, co wiem, nie ma stałych reguł, lecz wy­korzystuje się wszystkie korzystne sytuacje, jakie mają miejsce zarówno z punktu wi­dzenia historycznego, jak i geograficznego.
Zloty Krąg: Kiedy mówisz: Z tego co wiem, skąd czerpiesz swą wiedzę?
Byt: Można powiedzieć, że wiem o tym drogą telepatyczną, myśląc i zwracając mo­ją świadomość ku zadanemu pytaniu.
Zloty Krąg: Skąd uzyskujesz odpo­wiedzi?
Byt: Nie wiem. W sadzy, w której się znaj­dowałem, zadawałem sobie pytania i myśla­łem, że jestem sam, że zwariowałem, że śnię lub mam koszmary. Za każdym razem, gdy myślałem, otrzymywałem odpowiedź. Aż wreszcie ujrzałem słabe światło, które wycią­gnęło mnie z tych mgieł. Myślałem, że śnię i wkrótce obudzę się we własnym łóżku.
Zloty Krąg: Powiedziałeś, że znajdowa­łeś się w sadzy. A teraz czujesz się lepiej?
Byt: Tak.
Zloty Krąg: W jaki sposób cierpisz obecnie?
Byt: Za każdym razem, kiedy jedna z mo­ich poprzednich ofiar myśli o holokauście i o tym, co się stało, ja cierpię tak, jak za pierwszym razem. Przenika mnie cały ten ból niewinnych śmierci. Jest to moim przekleń­stwem. Powtarzam raz jeszcze: czuwajcie, aby droga, którą podążacie, była zawsze prosta i właściwa, ponieważ energia i moc, jaką daje ona do dyspozycji, mogą być za­wsze źle użyte. Sam jestem tego dowodem...
Autor: Giuseppe Vatinno, IGdM nr 418
Tłumaczenie z języka włoskiego i opracowanie:
Joanna Burakowska

Pozdrawiam

#8 Guest_Nefryt_*

Guest_Nefryt_*
  • Goście

Napisano 30 sierpień 2008 - 22:29

Dzięki Lazy za dokończenie tematu. :)

#9 Jul

Jul

    Infrańczyk

  • Użytkownicy
  • PipPipPip
  • 109 postów
  • GG: 3864152

Napisano 30 sierpień 2008 - 22:42

Tak, Lazy, dokładnie o to mi chodziło :)

Masz może więcej takich mediumicznych relacji z seansów? Chętnie poczytałbym więcej.

#10 Arek 1973

Arek 1973

    Homo Infranius Alfa

  • Moderatorzy globalni
  • 3097 postów

Napisano 22 listopad 2010 - 10:25

Jednakże z projektu "Ahnenerbe" nic nie wyszło, ustawione cele spełzły na niczym, jak kogoś to bardziej interesuje to zapodam część art. który kiedyś tłumaczyłem